Galeria „Noise” wypełniona była przedstawicielami klasy średniej, którzy przyszli obejrzeć wystawę neoekspresjonizmu, by następnie przy winie udawać, że cokolwiek zrozumieli. Laura, lat trzydzieści osiem, redaktorka i korektorka z piętnastoletnim stażem, stała przed płótnem wielkości drzwi garażowych i mrużyła oczy. Nie dlatego, że malarstwo było poruszające, ale dlatego, że wisiało krzywo i to był dobry pretekst do małej prowokacji.
— Cztery milimetry w lewo — powiedziała półgłosem. — Lewy górny róg opada. Widzisz?
Michał, lat czterdzieści jeden, grafik komputerowy i programista z obsesją symetrii, stał obok z katalogiem wystawy zwiniętym w rulon. Nawet go nie rozwinął. Jego uwagę pochłaniało coś zupełnie innego.
— Nie tylko lewy róg — odparł, przechylając głowę. — Cała kompozycja jest przesunięta względem środka o jakieś półtora centymetra. A ten obraz po prawej — wskazał brodą abstrakcję, która wyglądała jak eksplozja w fabryce buraków — wisi równo, ale jego rama ma inny odcień bieli niż pozostałe. Cieplejszy. To rozbija wizualny rytm całej ściany.
Laura odwróciła się do niego z uśmiechem, który znał aż za dobrze. Był to uśmiech kota, który właśnie zauważył, że mysz ma lekką kontuzję łapki.
— Powiedziałeś „rytm wizualny”. Interesujące. W tekstach, które redaguję, „rytm” odnosi się do fraz i akapitów, a u ciebie do obrazów. Ale efekt w sumie ten sam — powiedziała i upiła łyk prosecco. — Czyli oboje mamy zboczenie zawodowe. Ty widzisz krzywe linie, ja widzę źle postawione przecinki. Jesteśmy potworami.
— Mów za siebie — mruknął, wciąż gapiąc się na nieszczęsną ramę. — Ja po prostu dostrzegam brak harmonii. To dar.
— Dar, który sprawia, że nie możesz przejść obok krzywo zaparkowanego samochodu bez komentarza? — prychnęła. — Dwa tygodnie temu nazwałeś parkowanie sąsiada „wizualnym gwałtem na estetyce osiedla”.
— Bo to był wizualny gwałt na estetyce osiedla. Stał pod kątem czterdziestu stopni. Czterdziestu! To nie jest kąt parkowania, to kąt, pod jakim upada cywilizacja.
Roześmiała się. Ten śmiech był jedyną niesymetryczną rzeczą, którą Michał tolerował bez bólu. Był jak jazz — niby chaotyczny, ale miał wewnętrzną logikę.
W tle z głośników sączyły się dźwięki Portishead – „Glory Box”. Beth Gibbons właśnie zawodziła o tym, że chce po prostu być kobietą. Laura odstawiła kieliszek na stolik, który oczywiście stał minimalnie krzywo względem fug w podłodze, a w głowie miała już plan.
— Proponuję zakład — powiedziała.
Michał uniósł brew. Jego twarz, naznaczona lekkim zarostem i zmarszczkami mimicznymi od ciągłego mrużenia oczu, przybrała wyraz czujności.
— Jaki zakład?
— Kto dłużej wytrzyma bez zwracania uwagi na szczegóły.
— To znaczy?
— Ty nie komentujesz żadnej asymetrii, krzywizny, braku proporcji, złotego podziału i innych twoich fetyszy. Ja nie komentuję żadnych błędów językowych, literówek, niepoprawnych form, zapożyczeń, które mi nie pasują, ani nie poprawiam gramatyki. Żadnej uwagi.
Michał zmarszczył czoło.
— To fizycznie niemożliwe. Ja nawet teraz widzę, że masz plakietkę z imieniem krzywo przypiętą.
Laura nawet nie spojrzała na plakietkę. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
— I właśnie byś przegrał — powiedziała. — Zakład jeszcze nie trwa, a ty już to zrobiłeś. Wyobraź sobie, co będzie, kiedy zaczniemy na poważnie.
Parsknął, ale coś w jego oczach błysnęło. Rywalizacja. Uwielbiał wyzwania. To było chore, ale pomyślał, że da radę.
— Stawka? — zapytał, krzyżując ramiona.
— Przegrany spełnia miłosne i seksualne zachcianki zwycięzcy. Bez ograniczeń. Jeden wieczór. Kreatywność mile widziana.
W galerii ktoś zakaszlał. Portishead przeszło w „Roads” gdzie tym razem Beth pytała, jak to jest możliwe, by czuć się tak podle? Michał patrzył na Laurę, na jej ciemne oczy, włosy upięte niedbale ołówkiem, który oczywiście wystawał pod lekkim kątem i czuł, że właśnie wchodzi w pułapkę, którą sam by zaprojektował nie lepiej.
— Zgoda — powiedział. — Ale potrzebujemy zasad.
— Zasady są proste. Jesteśmy razem codziennie przez najbliższy tydzień. W różnych sytuacjach. Kto pierwszy skomentuje swoje „zboczenie”, przegrywa. Zwycięzca dostaje noc.
— A jeśli oboje wytrzymamy tydzień?
— Nie wytrzymamy — odparła. — Znam cię. Jesteś jak pies Pawłowa na widok krzywej linii.
— A ty jak wściekły korektor na widok „na prawdę” pisanego osobno.
— Właśnie. Dlatego to będzie piękna katastrofa. Zaczynamy jutro.
Jutro nadeszło w kawiarni „Szyk”, która ironicznie była najbardziej nieszykownym miejscem w mieście. Eklektyczny wystrój, krzesła z różnych epok i ściana z odsłoniętą cegłą, gdzie jedna cegła była jaśniejsza od pozostałych. Michał już otwierał usta, ale Laura spojrzała na niego znacząco, więc zacisnął zęby.
Zamówili po americano. Kelnerka przyniosła filiżanki i postawiła je na stoliku. Spodek Laury miał drobne pęknięcie. Michał wpatrywał się w to przez dziesięć sekund, po czym gwałtownie odwrócił wzrok i skupił się na menu. „Oferta śniadań” — głosił nagłówek. Pod spodem: „jajecznica z beknonem”.
Laura wyprostowała się gwałtownie. Jej palce zacisnęły się na krawędzi stolika. Michał obserwował ją z satysfakcją drapieżnika.
— Coś nie tak, Lauro? — zapytał słodkim tonem.
— Nie — wykrztusiła. — Wszystko… w porządku. Beknon jest, to pewnie jakieś regionalne… coś.
— Oczywiście — zgodził się, uśmiechając krzywo.
Przez kolejne dwadzieścia minut rozmawiali o wystawie z wczoraj. A raczej próbowali rozmawiać. Laura dwa razy otwierała usta, by coś poprawić, ale powstrzymywała się w ostatniej chwili. Za trzecim razem wypaliła:
— Neoekspresjonizm, ciekawe słowo. Zastanawia mnie, czy autor opisu w katalogu wiedział, że „neo” pisze się razem, a on to rozdzielił na „neo ekspresjonizm”, jakby to był nowy rodzaj kawy z ekspresu.
Michał odłożył łyżeczkę.
— Właśnie przegrałaś.
— Nieprawda! To była luźna refleksja, nie poprawianie!
— „Neo” pisane razem albo osobno to kwestia językowa. Komentowałaś błąd. Koniec. Przegrałaś.
— Nie było umowy, że luźne refleksje się liczą!
— Było powiedziane „żadnych uwag”. To była uwaga.
Laura zmrużyła oczy.
— A ty? Co ty robiłeś przez ostatnie pół godziny? Wpatrywałeś się w pęknięcie na moim spodku, jakby to była rana na ciele Chrystusa. Potem przeniosłeś wzrok na cegłę, która ma minimalnie inny kolor. Nie skomentowałeś, ale cierpiałeś. Widziałam.
— Cierpienie nie jest komentowaniem.
— Ale jest przyznaniem się do obsesji. A nasz zakład dotyczył wytrzymania bez zwracania uwagi. Ty nie wytrzymujesz, tylko milczysz. To różnica.
— Nie ma takiego zapisu.
— To sobie dopiszmy.
Patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę. W tle z głośników kawiarni płynęła bossa nova Astrud Gilberto and Stan Getz — „The Girl from Ipanema”, ta wersja, gdzie każdy takt wydaje się odrobinę za szybki. Michał odetchnął głęboko.
— Dobrze. Zmiana zasad. Żadnych uwag, nawet milczących. Jeśli widzę, że cierpisz, też przegrywasz.
— Zgoda. I zaczynamy teraz. Od zera.
Dni mijały w atmosferze narastającego napięcia. W poniedziałek do parku Michał zabrał koc i rozłożył go idealnie równolegle do alejki. Laura zauważyła, że ulotka leżąca na ławce obok reklamuje „super ofertę dla każdego klijenta który kupi produkt” — bez przecinka przed „który” i z tym palącym jak ogień „j”. Powstrzymała się. Ugryzła się w język tak mocno, że poczuła smak krwi.
We wtorek poszli do kina. Napisy w trakcie filmu zawierały literówkę w słowie „rzeczywiście” — napisano „żeczywiście”. Laura wbiła paznokcie w udo Michała. Syknął, ale nie skomentował. Za to potem przez dziesięć minut wpatrywał się w ekran, na którym operator kadrował twarze aktorów tak, że zawsze były minimalnie przesunięte od centrum. Złoty podział, pomyślał Michał. Złoty podział jest matematycznie uzasadniony, ale w tym konkretnym kadrze powinien być symetryczny, do cholery, to scena rozmowy dwojga ludzi przy stole, symetria podkreśliłaby równość ich racji, a tak to wygląda, jakby operator był pijany…
— Cierpisz? — szepnęła Laura mu do ucha.
— Wcale nie.
— Twoje tętno przyspieszyło. Twoja dłoń się zacisnęła. Jesteś purpurowy na twarzy. Wszystko przez ten kadr, prawda?
— Nie skomentowałem.
— Ale cierpisz. Przegrałeś.
— Nie ma obiektywnej miary cierpienia.
— Jest. Twoja mina.
Wyszli z kina, kłócąc się szeptem. Żadne nie przyznało racji drugiemu. Wynik pozostawał nierozstrzygnięty, a napięcie rosło.
W środę wieczorem siedzieli u niej. Laura miała mieszkanie wypełnione książkami. Wszystkie ustawione alfabetycznie, ale na półce z poezją ktoś wsunął Różewicza między Rilkego a Rimbauda, co burzyło porządek chronologiczny. Michał widział to. Celowo to tam położyła? Testowała go? Uśmiechnął się pod nosem i nalał sobie wina.
Laura włączyła muzykę — legendarne wykonanie Wariacji Goldbergowskich BWV 988 Johanna Sebastiana Bacha, które stanowiło artystyczną klamrę życia kanadyjskiego pianisty Glenna Goulda, gdzie w przeciwieństwie do jego szybkiego, młodzieńczego debiutu z 1955 roku, ta późna interpretacja była znacznie bardziej refleksyjna, dojrzała i wolniejsza, będąc arcydziełem kontrapunktu i techniki pianistycznej. Idealna matematyka dźwięku. Michał odprężył się. W symetrii Bacha było coś kojącego.
— Wiesz, co mnie zastanawia? — zapytała Laura, siadając obok niego na sofie. — Że nasze zboczenia dotyczą właściwie tego samego. Ładu. Porządku. Tylko w innych mediach.
— Ład jest przereklamowany — mruknął. — Ja chcę symetrii. Symetria to nie ład, to sprawiedliwość. Każdy element ma swoje odbicie. Nic nie jest samotne.
— A ja chcę precyzji słów, żeby znaczyły to, co mają znaczyć. Żeby nie było fałszu — „bynajmniej” zamiast „przynajmniej” to taki sam grzech, jak twój krzywy obraz, tylko mój jest słyszalny, a twój widzialny.
Siedzieli w ciszy. Bach przeszedł w kolejną wariację. Dźwięki splatały się, goniły, powtarzały.
— Zdejmij bluzkę — powiedział nagle.
— Słucham?
— Cały tydzień się męczymy. Może czas ogłosić remis i przejść do części praktycznej.
— Nie ma remisów. Ktoś musi przegrać.
— Więc powiedz coś o tym, że „zdejmij bluzkę” powinno być poprzedzone jakimś wstępem, kontekstem, może przysłówkiem. No dalej. Popraw mnie.
Patrzyła na niego. Czuła, jak słowa pęcznieją jej w gardle, że „zdejmij bluzkę” jest nagim imperatywem, pozbawionym niuansu, że w jej redaktorskiej duszy aż krzyczy, by dodać „proszę”, albo „powoli”, albo cokolwiek, co złagodzi rozkaz. Ale milczała. Zamiast tego chwyciła brzeg bluzki i ściągnęła ją przez głowę.
Michał wciągnął powietrze. Jej biustonosz był czarny, koronkowy, i — co zauważył natychmiast — idealnie symetryczny. Każdy kwiatek koronki po lewej miał swój odpowiednik po prawej. To było tak piękne, że prawie zabolało.
— Jest symetryczny — powiedział.
Zamarła. Potem uśmiechnęła się triumfalnie.
— Właśnie skomentowałeś.
— To nie komentarz, to… stwierdzenie faktu.
— Fakty też są komentarzami. Przegrałeś, Michał. Jesteś mój.
Muzyka przeszła w kolejną wariację. Tempo było szybsze, niemal taneczne. Michał patrzył na nią — na jej obojczyki, które były, o zgrozo, odrobinę niesymetryczne, lewy był wyższy o milimetr, ale nie powiedział już nic.
— Czego chcesz? — zapytał głosem niższym o oktawę.
Laura wstała, podeszła do biurka, wyciągnęła z szuflady kartkę i długopis. Napisała coś, po czym wróciła i podała mu ją. Była to lista spisana kaligraficznym pismem, z poprawnymi przecinkami i polskimi znakami.
1. Masz mnie rozebrać, komentując przy tym każdy element mojej bielizny jak dzieło sztuki. Użyjesz terminologii z historii sztuki.
2. Przez następną godzinę będziesz mówił do mnie pełnymi zdaniami. Żadnych urwanych fraz, żadnych niedokończonych myśli. Każda wypowiedź ma mieć podmiot, orzeczenie i sens.
3. Potem zrobisz ze mną wszystko, co twoja wyobraźnia uzna za stosowne, pod warunkiem, że zachowasz symetrię. Co zrobisz z lewą stroną, musisz powtórzyć z prawą.
Przeczytał. Potem jeszcze raz. W końcu uśmiechnął się tak, jak uśmiecha się człowiek, który właśnie dostał najbardziej wyrafinowane zadanie w życiu.
— Zaczynamy — powiedział. — Punkt pierwszy: rozbieranie. Czy mogę prosić o podkład muzyczny odpowiedni do czynności?
— Masz Bacha. Wystarczy.
— Bach jest zbyt matematyczny. Potrzebuję czegoś zmysłowego.
Wstał, podszedł do jej laptopa i po chwili z głośników popłynęło „Feeling Good” w wersji Niny Simone. Głęboki, dymny głos, powolny rytm, były zapowiedzią czegoś nieuniknionego. Wrócił do niej.
— Punkt pierwszy — zaczął, stając za jej plecami. Jego palce musnęły zapięcie biustonosza. — Oto współczesna interpretacja klasycznego gorsetu. Koronka Chantilly, haft kwiatowy, widzę wpływy secesji. Gaudí byłby zachwycony organiczną linią. Każdy płatek jest odbiciem drugiego. To nie bielizna, Lauro, to manifest przeciw chaosowi. — W tym momencie zapięcie puściło i ramiączka zsunęły się. — Zdejmuję go, jak zdejmuje się kurtynę z obrazu. — Odwrócił ją ku sobie. — I oto, co widzę: piersi, które są jak w „Akcie stającym” u Niko Souriguesa. Światło i cień. Całość zaś tak dosadna i doskonała jak u Paula Laureneziego.
Nina Simone przeszła w refren, a on patrzył na Laurę nagą do pasa, z wypiekami na policzkach i oczami błyszczącymi od pożądania wymieszanego z czymś na kształt zawodowej satysfakcji.
— Punkt drugi — ciągnął, zsuwając z niej dżinsy. — Każde moje zdanie będzie pełne. Każde będzie miało swój początek, rozwinięcie i koniec. Oto spodnie, które opadają z ciebie jak okładka z książki, której nie można odłożyć. — Przykucnął. — A oto twoje uda, które są jak dwie kolumny doryckie. Proste, mocne, podtrzymujące świątynię. I oto centrum, do którego zmierzam. Zostawiam na twoich biodrach koronkową zasłonę, bo chcę, żebyś miała świadomość, że dotrę tam, kiedy uznam, że już pora. Na razie cieszę się symetrią twojego ciała, które jest najlepszym układem graficznym, jaki widziałem. Idealny balans bieli i czerni. Idealny kontrast.
Podniósł ją i przeniósł na łóżko. Położył na plecach, a ona patrzyła, jak zdejmuje koszulę. Jego tors był mapą mięśni pod skórą, które układały się w logiczne wzory, przecięte lekko wyniosłym ponad wszystko pasmem górskim, powstałym z blizny po wycięciu wyrostka.
— Punkt trzeci — powiedział, pochylając się nad nią. — Symetria. Wszystko, co zrobię, zrobię podwójnie. Dotknę twojej lewej piersi ustami i twoja prawa pierś nie będzie samotna. Pocałuję cię w szyję z lewej strony i natychmiast poprawię ten błąd po prawej. Będę sprawiedliwy, Lauro. Będę najbardziej sprawiedliwym kochankiem, jakiego miałaś. I będę przy tym używał pełnych zdań, bo takie są twoje zasady.
Jego usta zaczęły od jej lewej piersi, by skończyć na prawej. Język zataczający identyczne kręgi. Dłoń na lewym biodrze, potem na prawym. Laura wiła się pod nim, szepcząc coś, co nie było już pełnymi zdaniami — to były urwane frazy, westchnienia, przekleństwa.
— Michał… proszę…
— Proszę to piękne słowo. Wyraża prośbę, ale i pokorę. Powtórz je.
— Proszę. Proszę. Proszę.
Jego palce wsunęły się pod ostatni skrawek koronki. Zsunął ją powoli, a potem dotknął jej tam, gdzie kończyła się symetria, a zaczynała czysta, pierwotna biologia. Jeden palec, potem drugi. Ruchy idealnie powtarzalne. Kręgi, kaligrafia na skórze.
— Jesteś… — jęknęła nie kończąc.
Wszedł w nią. Powoli, jakby ustawiał kursor na najważniejszym pikselu projektu. Krzyknęła. Potem zaczął się rytm, i ten rytm był jak metronom. Każde pchnięcie miało swój odpowiednik, a żadne nie było silniejsze od poprzedniego. Kompozycja. Struktura.
— Mów — wyszeptała. — Proszę, mów do mnie. Pełnymi zdaniami.
— Kocham cię — powiedział, a jego biodra nie przestawały pracować. — To jest zdanie pełne. Ma podmiot, orzeczenie i dopełnienie. Kocham twoją manię poprawiania przecinków. Kocham, kiedy robisz notatki na marginesach cudzych książek. — Michał nabierał tempa. — Kocham, że ta lista, którą mi dałaś, była napisana bez żadnego błędu. Kocham, że pęknięcie na spodku cię nie obchodzi, ale brak przecinka przed „który” tak. Kocham, że teraz tracisz oddech i nie jesteś w stanie sklecić ani jednego poprawnego zdania. Kocham, że mogę być niesymetryczny w tym konkretnym momencie, bo ty już tego nie sprawdzasz. Kocham cię, Lauro. To jest moje ostatnie pełne zdanie, bo więcej nie dam rady.
I wtedy symetria pękła. Rytm stał się chaotyczny, zwierzęcy. Nina Simone dawno ucichła, a oni krzyczeli razem, nieskładnie, niegramatycznie, bez przecinków i akapitów, bez złotego podziału, bez symetrii. Czysty, piękny chaos.
Potem leżeli obok siebie. Laura odzyskała oddech pierwsza.
— Wiesz, co powiedziałeś źle? — zapytała.
— Boję się.
— Powiedziałeś „zdejmuję go, jak zdejmuje się kurtynę z obrazu”. Powinno być „jak się zdejmuje”.
Michał wybuchnął śmiechem.
— Przegrałaś ponownie — powiedział.
— Nie. Zakład był tylko na tydzień. Tydzień się skończył. — Przekręciła się na bok i spojrzała na niego. — Poza tym nie wyobrażam sobie, żebyś przestał. Twoje obsesje są denerwujące i doprowadzają mnie do szału, ale bez nich byłbyś niekompletny jak zdanie bez kropki.
— A ty bez twoich byłabyś jak obraz bez ramy. — Przerwał. — To była uwaga o estetyce. Przepraszam.
— Nie przepraszaj. Teraz już możesz.
Pocałował ją w czoło. Następnie w policzek, lewy, potem prawy. Symetrycznie.
— Jesteś niemożliwy — szepnęła.
— To zdanie nie ma podmiotu domyślnego, ale ponieważ kontekst wskazuje na mnie, przyjmuję je jako pełne. — Uśmiechnął się. — A teraz twoja kolej. Lista mówiła o godzinie. Zostało nam jeszcze trzydzieści siedem minut.
Laura sięgnęła po kartkę.
— Punkt czwarty — przeczytała. — „Masz przepisać ręcznie fragment Ulissesa Joyce’a, ten, w którym Molly Bloom ma monolog. Nie możesz wyjechać żadną literą za linię.” Ja w tym czasie… — przerwała i uśmiechnęła się. — Dokładnie wiesz, co ja będę robiła w tym czasie.
Michał spojrzał na nią, potem na biurko, gdzie leżał otwarty zeszyt w trzy linię i pióro. Westchnął teatralnie.
— Jesteś sadystką. Wiesz, że to jest niewykonalne?
— Dlatego to kara. I dlatego to przyjemność. — Przygryzła wargę. — Dla mnie.
Za oknem zapadał zmierzch. Gdzieś w tle, z playlisty, która zdążyła się przełączyć, płynęły pierwsze takty „Take Five” Dave’a Brubecka. Pięć na cztery. Asymetryczne metrum. Idealne tło dla ich dalszych gier.


