Petra Próchna

       Las filtrował światło przez igły sosen, niczym przez brudne witraże. Sambor, doświadczony grzybiarz, znał te lasy jak własną kieszeń – każde drzewo, mech, każdą wilgotną dziurę w ziemi. Tego dnia powietrze pachniało nie tylko wilgocią i żywicą, ale także czymś znacznie intensywniejszym. Przykucnął, by się zastanowić. Wtedy dostrzegł go pod korzeniem powalonej jodły. Grzyb był mały, niepozorny, z kapeluszem w kolorze rdzy, a jego trzon pokryty był delikatnym, srebrzystym pyłem. Dotknął go, by sprawdzić konsystencję. Pył przykleił mu się do opuszka. Przyłożył go tradycyjnie do wewnętrznej strony dolnej wargi, by ocenić, czy jest gorzki. Najpierw poczuł metaliczny posmak. Po chwili świat gwałtownie się przechylił. Ziemia pod nogami oddaliła się, a drzewa wyrosły w niebo jak kolumny katedry. Mech zamienił się w dżunglę, a przed nim to, co jeszcze chwilę temu było spróchniałym pniem, przekształciło się w coś niemożliwego. Stanął u stóp monumentalnego wejścia wyżłobionego w czerwonawej materii. Nie był to kamień, lecz stare, spróchniałe, włókniste drzewo, pełne szczelin i nawisów. Gdy nerwowo zmrużył oczy, zaczęło mu przypominać Petrę, antyczną stolicę Nabatejczyków. Dosłownie jakby ktoś wykuł całe miasto w olbrzymim, gnijącym pniu, którego wysokość gubiła się w chmurach. Uniósł głowę i zobaczył, że kolumny z włókien drewna wznosiły się ku górze, przechodząc w łuki i tarasy. W głębi ciemniało coś, co przypominało korytarz prowadzący w samo serce pnia.

       Sambor był teraz wielkości mrówki. A może nawet mniejszy. Wiatr, który wcześniej ledwo poruszał liśćmi, teraz huczał jak burza między drewnianymi ścianami. Z góry spadały drobinki próchna jak czerwonawy śnieg. I wtedy je usłyszał. Głosy nie brzmiały jak ludzkie. Były szeleszczące, jakby ktoś mówił językiem suchych liści i pękającego drewna. Dobiegały z wnętrza tego delikatnego, drewnianego miasta. 

       Zrobił krok. Potem drugi. Wejście pochłonęło go jak otwarte gardło. Las zniknął za nim. Idąc małymi krokami, zauważył, że ściany były żywe. Nie w przenośni, lecz dosłownie. Włókna drewna pulsowały wolnym, wilgotnym rytmem, jakby cały pień oddychał. Pod stopami trzeszczało coś miękkiego, przypominającego zbity mech i zeszłoroczne liście. Powietrze stało się gęste, pełne zapachu próchna, żywicy i czegoś słodkawego. Światło wpadało tylko wąskimi szczelinami wysoko nad głową, malując rdzawoczerwone refleksy jak na sklepieniu gotyckiej katedry.

Szedł ostrożnie. Ścieżka – jeśli w ogóle można ją tak nazwać – wiła się między nawisami drewna, schodziła, a potem znów pięła się w górę po wystających grzybniach. Czasem musiał przeciskać się przez wąskie szczeliny, gdzie ściany były pokryte lepką, srebrzystą substancją. Innym razem musiał kroczyć po pomostach ze splecionych włókien, które uginały się pod jego ciężarem trzeszcząc jak stare liny.

Wtedy zobaczył pierwszych z nich. Trzy postacie stały nieruchomo przy jednej ze ścian. Ciała miały segmentowe jak u mrówek, ale pokryte warstwami porostów w kolorach popiołu i ołowiu. Z grzbietów wyrastały im cienkie, gałęziaste wyrostki, a zamiast głów miały kapelusze grzybów, z których sączył się delikatny, zielonkawy pył. Oczy – jeśli to były oczy – świeciły matowo jak zaschnięte krople żywicy. Nie ruszali się, gdy przechodził.

Sambor szedł dalej. Im głębiej wchodził, tym więcej ich było. Niektóre pełzały po ścianach na wielu odnóżach, zostawiając za sobą ślady zarodników. Inne stały w grupach, jakby nasłuchiwały czegoś, czego on nie słyszał. Jedna większa hybryda – prawie dwa razy wyższa od niego – niosła na grzbiecie coś w rodzaju gniazda z grzybni, w którym poruszały się drobne, białe larwy. Żadne z nich nie zaatakowało. Patrzyły tylko tak, jakby udawały, że nie widzą.

Po kilku godzinach, lub nawet dniach, ścieżka zaczęła gwałtownie schodzić w dół. Drewno pod nogami stało się twardsze, bardziej skaliste. Nieoczekiwanie wyszedł na wąski nawis wystający z olbrzymiej ściany pnia. Wiatr uderzył go w twarz, przynosząc chłodny zapach deszczu pomieszanego z żywicą. Wtedy zobaczył dolinę. Rozciągała się pod nim jak otwarte wnętrze ziemi. W dole, wśród mgieł i wielokolorowych oparów, leżało miasto. Nie było z kamienia. Było wyżłobione, wrośnięte, jakby wykute jednocześnie w olbrzymim, prastarym pniu, którego rozmiary wykraczały poza wszelkie pojęcie. Konstrukcje przypominające tarasy z włóknistego drewna, zakończone kapeluszami grzybów wielkości domów, wisiały na splecionych jak podwójna helisa pnączach. Miało się wrażenie, że spływały żywicą jak miodem. Ze ścian ziały otwory – okna, bramy, korytarze – z których sączyło się blade, zazwyczaj zielonkawe światło. Mosty ze splecionych korzeni łączyły wieże, a w samym centrum, na niewielkim wyniesieniu, wznosiła się budowla przypominająca świątynię: ogromny, pusty kapelusz grzyba, podparty setkami cienkich, białych nóżek, które wyglądały jak kości. Miasto żyło. Poruszało się wolno, prawie niedostrzegalnie, tak, jakby oddychało razem z całym pniem, w które wrosło. 

Sambor stał na nawisie i patrzył. Wiatr szarpał jego ubraniem. Gdzieś daleko, z doliny, dobiegał niski, dudniący dźwięk, jakby ktoś uderzał w ogromny, pusty pień. Rozpierał go entuzjazm i jednocześnie lekki niepokój, gdyż uświadomił sobie, że trafił do mitycznego, legendarnego miasta Petra Próchna.

       Ruszył. Ścieżka wiła się serpentynami po zboczu olbrzymiego pnia. Im niżej schodził, tym gęstsze stawało się powietrze – ciężkie od wilgoci, zarodników i ciągle tego samego, słodkawego zapachu rozkładu. Dolina otworzyła się przed nim nagle, jakby ktoś rozsunął kurtynę z mgły.

       Bramy miasta były zrobione z powalonych starych dębów. Nie były zbudowane, a ułożone. Ogromne, sczerniałe pnie leżały jeden na drugim, tworząc łuk tak wysoki, że Sambor czuł się jak owad u stóp zrujnowanej katedry. Kora była popękana, pełna dziur. Między pniami wiły się grube sploty grzybni, jakby ktoś zszył bramę żywymi nićmi. Gdy przyglądał się tej konstrukcji, wyszła mu naprzeciw hybryda, podobna do tych, które widział po drodze. Była wyższa od niego o głowę. Ciało miała również segmentowe, pokryte warstwami szarozielonego porostu, który miejscami przechodził w delikatną, aksamitną grzybnię. Z grzbietu wyrastały jej trzy cienkie, gałęziaste wyrostki zakończone małymi kapeluszami. Głowa, jeśli można było to nazwać głową, składała się z dużego, płaskiego kapelusza w kolorze starej miedzi. Pod spodem, zamiast twarzy, znajdował się pierścień drobnych, wilgotnych otworów, z których sączył się srebrzysty pył.

Hybryda zatrzymała się dwa kroki przed nim. Kapelusz powoli się pochylił, a z otworów wydobył się gęsty obłok zarodników – nie chaotyczny, lecz uformowany. Pył ułożył się w powietrzu w kształt przypominający otwartą dłoń, a potem w coś w rodzaju pytania: falującą, świetlistą linię, która drgała w rytmie oddechu. To był ich język. Hybrydy nie mówiły dźwiękami. Porozumiewały się zarodnikami. Każdy kształt, każdy kolor, każda gęstość obłoku niosła znaczenie. Delikatny, zielonkawy pył oznaczał powitanie. Ciemniejszy, rdzawy – ciekawość. Szybkie, wirujące spirale – pytanie. Wolne, opadające chmury – spokój lub zgodę. Sambor nie rozumiał jeszcze słów, ale czuł intencję. Hybryda nie była wroga. Była ciekawa.

Odpowiedział jedynym sposobem, jaki przyszedł mu do głowy – uniósł obie dłonie, pokazując, że jest pusty, i ukłonił się. Hybryda przez chwilę milczała. Potem z jej kapelusza wydobył się nowy obłok, tym razem ciepły, bursztynowy. Pył ułożył się w kształt otwartej bramy, a potem wolno opadł na ziemię, jakby wskazywał drogę. Hybryda ruszyła, a Sambor za nią. 

Miasto od dołu wyglądało zupełnie inaczej niż z nawisu. Ulice nie były brukowane, a wydeptane w miękkim, spróchniałym drewnie, które uginało się lekko pod stopami i wydzielało słaby, grzybowy zapach. Po obu stronach wznosiły się ściany, niektóre gładko wypolerowane jak bursztyn, inne poszarpane, pełne wnęk, z których zwisały kaskady białej grzybni. W wielu miejscach z murów wyrastały całe kolumny grzybów – wysokie, cienkie, zakończone kapeluszami wielkości tarasów. Pod nimi hybrydy poruszały się wolno, zostawiając za sobą świetliste ślady.

To, co go najbardziej zdziwiło, to cisza. Nie było krzyków, żadnego stukotu ani dźwięku narzędzi. Miasto oddychało. Dosłownie. Ściany wolno rozszerzały się i kurczyły, a z głębokich szczelin dobywał się niski, niemal niesłyszalny szum, jakby cały pień mruczał sobie pod nosem starą pieśń. Zafascynowało go też coś innego. Światło. Nigdzie nie było pochodni ani lamp. Wszystko świeciło samo. Porosty na ścianach pulsowały bladym błękitem. Kapelusze grzybów nad ulicami rzucały ciepłe, pomarańczowe plamy, a w niektórych oknach – jeśli to były okna – unosiły się małe, świetliste kule zarodników, które powoli dryfowały od narożnika do narożnika. Sambor szedł środkiem szerokiej ulicy, a hybryda-przewodnik kroczyła obok niego, co jakiś czas sprawdzając, czy nadal za nią podąża.

Z każdej strony spoglądały na niego różnorodne hybrydy. Niektóre z ciekawością, inne zaś z wyrazem smutku. Jedna, bardzo stara, niemal całkowicie pokryta białym porostem, wyciągnęła w jego stronę cienkie odnóże i uwolniła pojedynczą, złotą iskierkę zarodnika. Iskierka opadła na jego ramię i zgasła, pozostawiając na skórze przyjemne ciepło. Zrozumiał, że miasto, mimo swojej kruchości i pozornego rozkładu, nie było martwe. Było jedynie żywą raną, która potrafiła przyjąć gościa.

Hybryda nie zatrzymywała się i prowadziła go dalej, w głąb miasta. Co kilkanaście kroków przewodnik wypuszczał niewielkie obłoki zarodników, teraz dłuższe i bardziej złożone. Pył układał się w kształty, które Sambor zaczynał powoli rozumieć nie umysłem, lecz czymś głębszym, jakby grzybnia w powietrzu szeptała mu prosto przez płuca do krwi.

Minęli szeroki taras, na którym hybrydy o jasnych, niemal białych kapeluszach układały cienkie warstwy grzybni w geometryczne wzory. „Ogrody Pamięci” – powiedziała hybryda, uwalniając srebrzysty pył. – „Tutaj zapisujemy historie i wiedzę. Każdy wzór jest opowieścią. Gdy ktoś umiera, jego wspomnienia wplatamy w te dywany, aby nie zginęły razem z ciałem.”

Dalej minęli głęboką niszę wypełnioną gęstą, czarną żywicą, w której unosiły się małe, świecące kule. „To Kąpiele Czasu” – wyjaśnił kolejnym obłokiem. Zebrane przy niszach hybrydy zanurzały w nich odnóża, gdy chciały spowolnić swoje myślenie lub przyspieszyć je. Sambor zauważył, że niektóre postaci siedziały w żywicy po szyję, a ich kapelusze wolno pulsowały.

Przeszli też obok wysokiej, wydrążonej kolumny, z której sączył się nieprzerwany deszcz drobnych zarodników. „To Fontanna Głosów” – pył ułożył się w kształt otwartych ust. – „Tutaj hybrydy przychodzą, by mówić do całego miasta naraz.” Zarodniki unosiły się wysoko i roznosiły wiadomości po wszystkich dzielnicach.

Wreszcie ulica zaczęła się wznosić. Ściany stały się ciemniejsze, bardziej poszarpane. Powietrze zgęstniało. Przed nimi wyrósł ogromny, pusty kapelusz – Świątynia. Stała na szerokim, ściętym pniu z czarnego, niemal skamieniałego dębu. Podpierały ją setki cienkich, białych nóżek, które wyglądały jak kości olbrzymiego stworzenia. Sam kapelusz był tak wielki, że jego brzegi gubiły się w półmroku. Powierzchnia była matowa, pokryta delikatnymi pęknięciami, z których sączyło się blade, zielonkawe światło. Wejście stanowił szeroki, owalny otwór u podstawy, obramowany gęstymi splotami grzybni, które wyglądały jak zasłona.

       Weszli do środka. Wnętrze Świątyni było jedną wielką, okrągłą salą. Sufit – spód kapelusza – unosił się wysoko, pokryty milionami drobnych, świecących punktów, jakby ktoś uwięził w nim nocne niebo. Podłoga była miękka, wyściełana grubą warstwą aksamitnej grzybni w kolorze starego wina. W centrum sali znajdowało się lekkie zagłębienie, a wokół niego, na półkolistych podwyższeniach z żywego drewna, zasiadali oni – Rada Starszych. Było ich siedmioro. Każde wyglądało inaczej, ale wszystkie nosiły na sobie widoczny ciężar eonów. Ich ciała były niemal całkowicie wrośnięte w porosty i grzybnię. Kapelusze miały ogromne, pofałdowane, pokryte warstwami różnorakiego pyłu. Niektóre miały po kilka dodatkowych odnóży, inne całe kaskady cienkich, zwisających włókien zamiast kończyn. Najstarsze z nich, siedzące dokładnie naprzeciw wejścia, było prawie nieruchome. Jego kapelusz był tak duży, że przypominał dach, a z jego spodu sączył się nieprzerwany, bardzo wolny deszcz złotych zarodników.

       Hybryda-przewodnik stanęła przed Radą i wypuściła długi, skomplikowany obłok. Sambor poczuł, że opowiada o nim, o zmniejszeniu, o wejściu do Pnia, o tym, skąd przyszedł. Potem wszystkie siedem kapeluszy powoli obróciło się w jego stronę. Najstarszy z Rady, odezwał się pierwszy. Złoty pył uniósł się z jego kapelusza i ułożył w powietrzu w wolne, majestatyczne kształty. Sambor nie słyszał słów, ale rozumiał sens tak jasno, jakby ktoś szeptał mu prosto do umysłu:

„Przybyszu z Góry. 

Ze świata, który jeszcze nie wie, że jest tylko korą. 

Widzimy w tobie coś, czego nam brakuje. 

Pamięć o świetle, które nie pochodzi z grzybni. 

Pamięć o czasie, który płynie prosto, a nie w kółko. 

Prosimy zostań. 

Naucz nas swojego świata. 

Opowiedz o niebie, którego nie znamy. 

O drzewach, które jeszcze stoją. 

O ludziach, którzy chodzą po powierzchni i nie wiedzą, że pod ich stopami śpimy. 

W zamian damy ci to, czego nie znajdziesz nigdy u siebie. 

Prawdziwą historię Upadku. 

I spokój. A kiedy zechcesz pójść wskażemy drogę powrotną.”

Złoty pył wolno opadł na podłogę, gasnąc jak ostatnie iskry. Cała Rada czekała. Siedem ogromnych kapeluszy było zwróconych ku niemu w absolutnej ciszy.

Sambor stał w środku świątyni i po raz pierwszy od chwili, gdy zbliżył palec do wargi, poczuł, że naprawdę musi coś powiedzieć. Stał jednak w ciszy dość długo. Patrzył na siedem nieruchomych kapeluszy i czuł, jak coś w nim pęka – nie z bólu, lecz z ulgi. Na powierzchni nic na niego nie czekało. Ludzie stawali się coraz głośniejsi i coraz dziwniejsi. Rozmawiali, ale nie słuchali. Budowali, ale niczego nie tworzyli. Egoizm i pycha kroczyły po ziemi jak dwa stare, dobrze odżywione zwierzęta, a on od lat miał wrażenie, że musi im ustępować z drogi. Las był jedynym miejscem, gdzie jeszcze potrafił oddychać. Tu, w Petrze Próchna, wszystko było inne. Powolne. Szczere. Prawdziwe w swoim rozkładzie.

Podniósł głowę i spojrzał na Najstarszego. Uniósł obie dłonie, a potem, nie wiedząc nawet, skąd bierze się ten gest, otworzył usta i wypuścił powietrze tak, jakby sam próbował stworzyć obłok zarodników. 

„Zostanę” – pomyślał wyraźnie, mając nadzieję, że grzybnia to usłyszy. – „Chcę poznać prawdziwą historię Upadku.”

Rada zareagowała natychmiast. Siedem kapeluszy wolno pochyliło się ku sobie, a powietrze w świątyni zgęstniało od złotego i srebrnego pyłu. Pył wirował, łączył się, tworzył obrazy. I wtedy Sambor nie usłyszał, a zobaczył opowieść. 

Najpierw było Drzewo. Nie było to jednak zwykłe drzewo, lecz coś, co rosło, zanim powstały kontynenty. Jego korona sięgała miejsc, gdzie jeszcze nie było nieba, a korzenie spijały ciepło z samego środka Ziemi. Przez wieki stało nieruchomo i słuchało. Aż pewnego dnia coś w jego wnętrzu się odezwało. Coś, co nie było grzybem ani owadami. Coś, co było myślą o końcu. Upadek nie był wypadkiem, był decyzją. Drzewo postanowiło umrzeć, żeby mogło narodzić się coś nowego. Runęło z hukiem, którego echa do dziś drżą w najgłębszych warstwach próchna. A kiedy już leżało, otworzyło swoje wnętrze dla Grzybni Pierwotnej – nie jako ofiarę, lecz jako zaproszenie. 

„Weź mnie” – powiedziało. – „Zrób ze mnie coś, czego świat powierzchni nigdy nie zrozumie.”

I grzybnia weszła. Nie zniszczyła drzewa, a przekształciła. Z martwego drewna zrobiła żywe miasto. Z owadów i zarodników – hybrydy. Z rozkładu – pamięć. A z samej decyzji o śmierci – Świątynię, w której do dziś bije Serce Upadku.

       Gdy obrazy zgasły, złoty pył opadł na podłogę jak ostatni śnieg. Najstarszy z Rady uniósł jedno cienkie, prawie przezroczyste odnóże. Z jego końca wypłynął gęsty, ciemnobursztynowy obłok, który ułożył się w kształt otwartej dłoni, a potem w kształt zamkniętej pięści przyciśniętej do kapelusza.

„Jeśli chcesz zostać” – zrozumiał Sambor – „musisz złożyć Przysięgę Mieszkańca.”

Hybryda-przewodnik podeszła bliżej i delikatnie dotknęła jego ramienia końcem odnóża. Z miejsca styku uniósł się mały, ciepły obłoczek, który otulił Sambora jak peleryna. Rada zaczęła mówić wspólnie. Siedem obłoków pyłu połączyło się w jeden wielki, wirujący krąg nad środkiem sali. W kręgu pojawiały się kolejne kształty – słowa przysięgi:

„Przysięgam, że będę oddychał rytmem Petry Próchny. 

Przysięgam, że nie będę szukał światła silniejszego niż to, które daje grzybnia. 

Przysięgam, że moja pamięć stanie się częścią Ogrodów Pamięci, gdy przyjdzie na to czas. 

Przysięgam, że nie zdradzę drogi na powierzchnię tym, którzy przyszliby tu z siekierami i ogniem. 

Przysięgam, że zostanę, dopóki sam nie poproszę o drogę powrotną i że nawet wtedy zabiorę ze sobą tylko to, co Petra Próchna pozwoli mi zabrać.”

Sambor poczuł, jak ciepły pył na jego skórze zaczyna wnikać głębiej. Nie bolało go to. Było dziwnie znajome, jak powrót do domu, którego nigdy wcześniej nie miał. Uniósł rękę i przeciągnął nią przez wirujący krąg zarodników. Pył przylgnął do jego dłoni, a porami wniknął pod skórę, zostawiając na nadgarstku delikatny, prawie niewidoczny wzór – cienkie linie przypominającą słoje drewna.

Najstarszy z Rady wypuścił ostatni, bardzo mały obłok złotego pyłu. Obłok opadł Samborowi na czoło i zniknął.

„Witaj wśród nas, Mieszkańcu” – powiedziała Rada jednym, wspólnym gestem. – „Teraz możesz poznać resztę.”

       Rada nie dała mu czasu na spokojne przetrawienie przysięgi. Złoty pył uniósł się ponownie, tym razem gęstszy, ciemniejszy, prawie brunatny. Obrazy, które się w nim uformowały, były ostrzejsze niż poprzednie. Sambor poczuł, jak coś zimnego przechodzi mu po kręgosłupie.

Najstarszy z Rady mówił wolno, a każde słowo układało się w powietrzu jak ciężki, wilgotny kamień.

 „Teraz możesz poznać resztę. Nie wystarczy, że tu jesteś. Nie wystarczy, że znasz Upadek. My musimy wrócić.

Dawno temu, zanim ludzie nauczyli się krzyczeć głośniej niż myślą, istniał ład. Drzewa mówiły do ziemi, a ziemia odpowiadała milczeniem, które było zrozumiałe. Potem przyszli oni – z siekierami, z ogniem, z pychą tak wielką, że aż wygięła niebo. Zniszczyli równowagę. My zostaliśmy w Pniu, żeby przetrwać. Oni zostali na powierzchni, żeby ją zepsuć. Teraz nadszedł czas, by to naprawić. Ty zostaniesz wysłany z powrotem. Nie jako człowiek. Jako chmura. Rozłożymy cię na zarodniki. Każdy kolor będzie inną dziedziną wiedzy. Czerwone – historia i wojna. Niebieskie – matematyka i gwiazdy. Zielone – życie i śmierć. Żółte – słowa i kłamstwa. Czarne – to, co ludzie zdołali ukryć w zakazanych księgach. Będziesz niósł je wszystkie naraz. Trafisz do miejsca, które oni nazywają Biblioteką Aleksandryjską. Tam, wśród zwojów i kodeksów, zaczniesz pracę. Twoje zarodniki wnikną w pergaminy. Przeczytają każde słowo, każdy rysunek, każdą notatkę na marginesie. Wiedza popłynie grzybnią z powrotem do nas, do Ogrodów Pamięci. A każda przeczytana książka zostanie rozłożona. Rozpadnie się w pył. Najpierw litery, potem karty, na końcu cały zwój. Nic nie zostanie. Będziesz szedł od regału do regału, od sali do sali, aż w całej Bibliotece nie zostanie ani jedno zapisane słowo. Kiedy skończysz, cała wiedza ludzkiego świata będzie już tylko nasza. Na powierzchni zostanie pustka. Cisza. Zapomnienie. Wtedy my wyjdziemy. Hybrydy, grzybnia, porosty – wszystko, co przetrwało w Pniu. Wrócimy na ziemię i przywrócimy ład, który oni zaprzepaścili. Powoli. Cierpliwie. Tak, jak rośnie grzyb: od środka, w ciszy, aż wszystko, co hałaśliwe i pyszne, zostanie przykryte miękką, białą warstwą. Ty będziesz pierwszym mostem. I ostatnim.”

Obrazy zgasły. W świątyni zapadła cisza głębsza niż wcześniej. Sambor stał z dłonią, na której wciąż świecił cienki wzór słojów. Czuł, jak pod skórą coś już zaczyna się zmieniać – delikatne mrowienie, jakby tysiące niewidzialnych nitek grzybni budziły się w jego krwi.

Najstarszy z Rady pochylił kapelusz.

„Czy przyjmujesz to zadanie, Mieszkańcu?”

Sambor przyjął zadanie. Nie było już w nim wahania. 

Kiedy Najstarszy z Rady uniósł wszystkie odnóża naraz, powietrze w świątyni zgęstniało od zarodników wszystkich kolorów. Czerwone, niebieskie, zielone, żółte, czarne i złote obłoki otoczyły go ze wszystkich stron, wniknęły w skórę, w płuca, w myśli. Ciało Sambora zaczęło się rozpadać – nie boleśnie, lecz z dziwną, prawie radosną lekkością. Skóra stała się pyłem, kości zaś delikatnymi nićmi grzybni, a świadomość rozproszyła się w tysiącach świetlistych punktów. Stał się chmurą. Chmura uniosła się ku sufitowi świątyni, przeszła przez pęknięcia w kapeluszu i wystrzeliła w górę, przez całą Petrę Próchno, ku powierzchni. Trafiła wprost do Biblioteki Aleksandryjskiej. Była noc. Wielka sala zwojów pogrążona w półmroku pachniała starym papirusem, kurzem i oliwą z lamp. Chmura Sambora, teraz już tylko wielobarwny, prawie niewidzialny obłok, opadła na pierwszą napotkaną półkę. Leżał na niej gruby, starannie zwinięty zwój. Były to „Elementy” Euklidesa. Najczystsza wiedza, jaką ludzie, kiedykolwiek zapisali. Definicje. Aksjomaty. Twierdzenia. Porządek tak doskonały, że wydawał się starszy od samych bogów.

Zarodniki usiadły na pierwszej stronie. Mechanizm był prosty i okrutny jednocześnie. Najpierw najdrobniejsze, te złote, wniknęły w atrament. Odczytywały kształt każdej litery, każdy kąt, każdą proporcję. Wiedza – czysta, matematyczna, bezlitosna – została wyssana i posłana grzybnią z powrotem, przez niewidzialny rizom, który łączył teraz Aleksandrię z Petrą Próchna. W Ogrodach Pamięci pojawiały się kolejne wzory: linie, koła, dowody. 

Potem przyszły czarne zarodniki. Zaczęły rozkład. Atrament bledł. Litery traciły ostrość, jakby ktoś je powoli zlizywał. Papirus miękł, ciemniał, pokrywał się delikatną grzybnią. Strona po stronie zwój kurczył się, kruszył, zamieniał w drobny, suchy pył, który opadał na podłogę biblioteki jak szary śnieg. Sambor – jeśli wciąż można było go tak nazywać – czuł wszystko. Czuł smak twierdzenia Pitagorasa. Czuł ciężar nieskończoności liczb pierwszych. Czuł, jak każda kolejna strona umiera, żeby mogła narodzić się w innym miejscu. A kiedy ostatnia definicja rozpadła się w pył, na stole została tylko cienka warstwa szarego proszku i ledwie widoczny ślad po miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu leżał jeden z największych skarbów ludzkiego umysłu.

Tymczasem w Petrze Próchna, w Ogrodach Pamięci, zakwitał nowy wzór. Idealny. Geometryczny. A gdzieś w ciemności Biblioteki Aleksandryjskiej mała, wielobarwna chmura uniosła się i popłynęła w stronę kolejnego regału.

Pierwsze księgi zniknęły. Reszta miała dopiero się dopełnić.

fot. Bee z Twittera

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry