Monodram

Scena jest niemal pusta. Pośrodku stoi wysłużony, ale wygodny fotel – może to być stary, lekko przetarty uszak. Obok niego niewielki stolik, na którym znajdują się: zaparzacz, kubek, małe radio oraz stosik kilku książek. O fotel oparty jest plecak z naszywkami z różnych polskich miast.

Światło jest ciepłe, skupione na fotelu. Z głośników płynie cichy, powolny jazz – trąbka w stylu Tomasza Stańki, leniwa, jakby zawieszona w czasie.

Mężczyzna wchodzi na scenę niespiesznie. Ma około pięćdziesięciu lat. Ubrany wygodnie, z nienachalną klasą. Nie spieszy się. Podchodzi do stolika, nalewa sobie kawy z zaparzacza. Wdycha jej aromat, zamyka na chwilę oczy. Siada w fotelu. Przez dłuższą chwilę po prostu patrzy w widownię, uśmiechając się łagodnie. Ścisza radio.

MĘŻCZYZNA: (Ciepłym, spokojnym głosem) Kiedyś miałem siedem zegarków. Szwajcarskie, nakręcane, z chronografem, wodoszczelne do stu metrów… Chociaż jedyna woda, w jakiej lądowały, to był basen w luksusowym hotelu podczas biznesowych wyjazdów. Paradoks polegał na tym, że mając te wszystkie precyzyjne mechanizmy na nadgarstku, nigdy nie miałem czasu. Zegarki odmierzały spóźnienia wywołane przez korki. Odmierzały kwadranse do kolejnego spotkania zarządu, minuty do spłaty raty za ten wielki, przeszklony dom pod miastem. Dom, w którym powietrze z każdym rokiem stawało się coraz cięższe.

(Upija łyk kawy. Odstawia kubek)

Dziś nie mam na ręku nic, a czasu mam pod dostatkiem.

Rozwód przyszedł cicho. Nie było tłuczenia talerzy. Z Janką rozstaliśmy się jak dwoje wspólników zamykających nierentowny projekt. Dzieci były już na swoim. Trójka. Aga, Piotrek i Michał. Świetne dzieciaki. Naprawdę, jestem z nich cholernie dumny. Ale kiedy patrzę, jak żyją… mają te same obłędne spojrzenia, które ja miałem dwadzieścia lat temu. Biorą kredyty, kupują lepsze samochody, zapisują dzieci na chiński, basen, robotykę i balet. Piszą do mnie: „Tato, wpadniemy w przyszłym miesiącu na obiad, bo teraz mamy domknięcie kwartału”.

Kiedyś bym się wściekał. Kiedyś też bym czekał. Dziś odpisuję: „Dobrze, synu. Będę w pobliżu”.

(Mężczyzna wstaje. Podchodzi do plecaka, otwiera go i wyciąga z niego garść biletów i ulotek z wystaw. Rozkłada je na stoliku, jak karty do gry).

Kiedy dom został sprzedany, a zyski podzielone, stanąłem przed wyborem. Mogłem kupić mniejszy apartament i mniejszego SUV-a, żeby udawać, że nic się nie zmieniło. Zamiast tego kupiłem mały modułowy dom. Trzydzieści pięć metrów. Dwa pokoje, widok na stare drzewa.

To było jak przecięcie liny. Balon poleciał w górę.

Jeżdżę po Polsce. Omijam autostrady, omijam główne szlaki. Szlifuję sztukę spacerowania. Tak bez celu, bez spinki. Po prostu bycie w przestrzeni. Włóczęgostwo z otwartymi oczami. Ostatnio pojechałem do Wałbrzycha.

(Uśmiecha się szeroko, jakby zdradzał tajemnicę)

Tak, do Wałbrzycha. Wysiadłem na stacji, poszedłem przed siebie. Wszedłem w jakieś stare, poniemieckie osiedle. Zobaczyłem kamienicę, z której odpadał tynk, a pod spodem ukazywała się piękna cegła z XIX wieku. W oknie na parterze stał stary, emaliowany czajnik, w którym ktoś posadził pelargonie. Czerwone, jaskrawe kwiaty w ramie z rudej cegły… Stałem tam chyba z kwadrans. Światło padało pod takim kątem, że to wyglądało jak obraz Vermeera. Mała, cicha epifania. Objawienie piękna w miejscu, o którym wszyscy zapomnieli. Zrozumiałem, że to jest właśnie to. Świat dzieje się w szczelinach. W drobiazgach.

(Zabiera ze stolika jedną z książek. To „Odwaga bycia nielubianym”).

Zacząłem też czytać. Ale nie te brednie o tym, jak zarobić pierwszy milion, czy jak zoptymalizować swój sen. Czytam po to, żeby zrozumieć, jak być wreszcie wolnym.

Trafiłem na to. Adler, Kishimi, Koga. To „Odwaga bycia nielubianym”. Brzmi jak tani poradnik, ale to petarda. Wywróciło mi głowę. Psychologia adlerowska uczy jednej kluczowej rzeczy: podziału zadań. To, co ty o mnie myślisz, to jest twoje zadanie. To nie jest mój problem. Mój sąsiad uważa mnie za dziwaka, bo sprzedałem firmę i jeżdżę pociągami po małych miasteczkach? Jego prawo. Moje dzieci martwią się, że tata dziwaczeje na starość. To ich zadanie się martwić. Moim zadaniem jest żyć w zgodzie ze sobą. Ta książka zdjęła mi z pleców jakieś sto ton oczekiwań społecznych.

(Odkłada książkę, bierze drugą, mniejszą).

Albo Ojcowie Pustyni. Mnisi z czwartego wieku. Uciekli od zgiełku Aleksandrii i poszli w piach. Abba Mojżesz powiedział: „Idź i usiądź w swojej celi, a twoja cela nauczy cię wszystkiego”. Moją celą jest przedział w wagonie PKP, gdzieś na trasie z Torunia do Białegostoku. Siedzisz, patrzysz na te sosny za oknem, na te uciekające słupy trakcyjne, domy, znikające za horyzontem dróżki i nagle wszystko cichnie. Twój własny umysł przestaje krzyczeć.

(Podchodzi do radia. Przekręca gałkę, zmieniając jazz na cichy, hipnotyczny utwór Arvo Pärta).

Przestałem szukać wielkich wrażeń. Okazało się, że wielkie wrażenia strasznie męczą. Teraz szukam tych niszowych. Pół roku temu byłem w Krakowie, ale nie na Rynku Głównym. Zszedłem do jakiejś małej piwnicy na Kazimierzu. Grał tam chłopak na wiolonczeli i dziewczyna na syntezatorach analogowych. Siedziało może z piętnaścioro osób. Muzyka była gęsta, ciemna, a jednocześnie niesamowicie czuła. Wibrowała mi w mostku. Zamknąłem oczy i czułem się tak, jakbym był jedynym człowiekiem na Ziemi, a oni grali tylko dla mnie. Zapłaciłem za bilet dwadzieścia złotych. Dwadzieścia złotych za dotknięcie absolutu. Kiedyś płaciłem tysiące za loże VIP na koncertach gwiazd, których nazwisk dziś nawet nie pamiętam.

(Siada z powrotem w fotelu. Przez chwilę po prostu słucha muzyki, dając widowni czas na wzięcie oddechu. Po chwili ścisza z powrotem muzykę i kontynuuje tonem niemal poufnym).

Osho napisał kiedyś, że musisz porzucić ideę bycia kimś. Żeby stać się oceanem, kropla musi najpierw przestać bać się, że przestanie być kroplą. Całe życie walczyłem o to, żeby być „Kimś”. Szefem, mężem, ojcem, inwestorem. Trzymałem te swoje granice tak mocno, że aż mi bielały knykcie.

Teraz? Jestem nikim szczególnym. I to jest najwspanialsze uczucie na świecie. Znikam w tłumie. Wchodzę do małej galerii sztuki gdzieś w Łodzi czy Lublinie. Ktoś wiesza tam swoje obrazy. Czasem nieporadne, czasem genialne. Chodzę, patrzę. Czasem zamienię słowo z kustoszem, starym pasjonatem. Nikt nie wie, kim jestem. Nikogo to nie obchodzi. Liczy się tylko to, że stoimy przed plamą niebieskiej farby na płótnie i obaj czujemy, że ta plama ma sens.

Rozsmakowałem się w detalach. W teksturach. W fakturach. W zapachu starego papieru, w chłodzie klamki, w cieple kubka z kawą.

(Bierze kubek w dłonie, ogrzewając je)

Znajomi z „poprzedniego życia” czasem do mnie dzwonią. Ci, którzy jeszcze nie usunęli mojego numeru z telefonu, sądząc, że zwariowałem. Pytają: „Kordian, ty tak sam? Nie jest ci smutno?”. A ja im tłumaczę, że samotność to nie jest brak ludzi. Samotność, to jest brak kontaktu ze sobą. Kiedyś byłem otoczony ludźmi przez piętnaście godzin na dobę i wyłem z samotności. Teraz spędzam całe dnie, milcząc, idąc przed siebie wzdłuż rzeki i czuję się częścią wszystkiego.

To zabawne… Pamiętam, jak kiedyś chciałem zabrać Jankę na Islandię. Spędzić tam kilka miesięcy, scedować część obowiązków na pracowników. Odpocząć, pobyć razem. Przez pięć lat odkładaliśmy ten wyjazd, bo zawsze coś. Bo nowy klient, bo nowa hala produkcyjna. „Kiedyś to zrobimy, kochanie” – mówiła. – „Jak tylko będziemy mieli czas”.

Ten czas nigdy nie nadszedł. Zawsze był jutro. Zawsze.

(Wstaje. Powolnym, spokojnym ruchem wyłącza radio. Na scenie zapada absolutna cisza. Mężczyzna podchodzi do proscenium. Patrzy prosto na widzów. Jego oczy błyszczą, ale nie ma w nich żalu, jest tylko spokojna, radosna pewność).

Przestałem planować. Jeśli w sobotę rano budzę się i czuję, że chcę zobaczyć morze, to po prostu jadę i patrzę na morze. Nawet jeśli pada deszcz i wieje zimny wiatr. Bo mogę. Bo wreszcie zrozumiałem, że to ja trzymam klucz do swojej klatki. Bilet nie jest drogi. Zjeść też można coś z ręki, bułkę, kawałek kiełbasy, jabłko i… wrócić ostatnim pociągiem.

Kiedyś myślałem, że muszę na to wszystko zaczekać. Aż zrobimy kariery. Aż znajomi potwierdzą gotowość. Aż kalendarz się zwolni.

(Mężczyzna poprawia koszulkę. Uśmiecha się łagodnie, mrużąc oczy, jakby znowu patrzył na coś pięknego w oddali).

Wiecie… najwięcej świata zobaczyłem, gdy przestałem czekać, aż ktoś będzie miał czas.

(Odwraca się powoli i spokojnym krokiem odchodzi w głąb sceny. Światło powoli gaśnie, zostawiając na ułamek sekundy tylko pusty, oświetlony fotel, po czym scena pogrąża się w całkowitej ciemności).

(Cisza).

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry