Splątanie

Lublin, marzec 2001

    Klub „Nocny Motyl” przy ulicy Staromiejskiej co dwa tygodnie organizował wieczór pod hasłem: „Nauka i Sztuka – Dwie strony tej samej monety”.

    Tego dnia Dagmara, świeżo upieczona magister, została niemal siłą wyciągnięta przez swoją promotorkę między ludzi, by w przystępny sposób przedstawić swoją pracę zatytułowaną – „Splątania kwantowego w układach wielu ciał”. Stresowała się niemiłosiernie, lecz nie mogła odmówić.

    W tym samym dniu Marcin, który kończył Akademię Muzyczną i imał się dorywczych prac w postaci grania w różnych klubach, został przyprowadzony przez przyjaciela, który twierdził, że szukać inspiracji trzeba wszędzie, a nie tylko w murach mieszkania. 

    Dagmara, wygłaszając swój referat, czuła, jak tuż pod nową elegancką bluzką pot spływa jej po plecach. Miałą wrażenie, że nie do końca trafiła w gusta publiczności, która składała się z mieszanki studentów, przypadkowych gości oraz profesorów i wykładowców. Używając slajdów pełnych równań, prezentowała zawiłości tematu. Kiedy skończyła, zapadła niepewna, grzecznościowa owacja. Prowadzący, aby ożywić atmosferę, rzucił: 

– Pani Dagmaro, czy mogłaby pani wytłumaczyć to słowami, tak jakbyśmy byli pięciolatkami?

Dagmara zarumieniła się i na chwilę zawiesiła w swoich myślach. W głowie miała jedynie skomplikowane formuły. 

– No więc…- zaczęła niepewnie – to tak, jakby… hmm… dwa elektrony…

Wtem z tylnych rzędów podniósł się młody mężczyzna z gitarą przerzuconą przez plecy. 

– Przepraszam czy mogę? – powiedział głośno wskazując scenę.

Wszystkie oczy, w tym zdumionej Dagmary, zwróciły się na niego. Prowadzący, wdzięczny za ratunek, skinął głową. Marcin wyszedł na środek, nieśpiesznie wyregulował struny i zagrał kilka prostych, przeplatających się akordów. 

– Proszę bardzo – powiedział – to jest splątanie. Te dwa dźwięki są teraz ze sobą połączone. Gdybym zagrał jeden w Warszawie, a drugi w Krakowie i ktoś zmieniłby jeden z nich…– zamilkł na chwilę, zmieniając tonację jednego z akordów, po czym przejechał po strunach, a ten drugi automatycznie zabrzmiał fałszywie, niepasująco – to proszę państwa, drugi natychmiast by poczuł i zareagował. Nie wiadomo jak, nie wiadomo dlaczego. To magia, a pani zajmuje się opisywaniem tej magii, i to jest naprawdę coś wspaniałego.

Sala wybuchła śmiechem i prawdziwymi, gorącymi brawami. Dagmara stała na scenie, z początku zaskoczona, a potem rozpromieniona. Spojrzała na niego i pomyślała – Zrozumiał. Nikt nigdy nie zrozumiał.

    Po wykładach nastał czas na luźniejsze rozmowy i drinki. Marcin podszedł do Dagmary, która stała nieco na uboczu, trzymając kieliszek wina.

 – Dziękuję. To było genialne – powiedziała nieco łamiącym się głosem – i zbawienne.

– Mój wykład o harmonii w muzyce współczesnej będzie o wiele mniej zrozumiały, i sądzę, że cała sala wtedy wyjdzie. Nikt nie będzie chciał o tym słuchać. 

– Więc jesteśmy parą naukowych i artystycznych wyrzutków?

– Najlepszy rodzaj pary do zawiązywania – odpowiedział, dodając na jednym wydechu i wyciągając rękę – Marcin. 

– Dagmara.

    Rozmawiali do zamknięcia klubu. Ona próbowała wytłumaczyć mu zasadę nieoznaczoności na przykładzie dźwięku, który nie może mieć jednocześnie idealnie określonej wysokości i czasu trwania. On opowiadał, że gdy komponuje, czuje się jak badacz odkrywający prawa rządzące emocjami, a nie dźwiękami. To było ich pierwsze spotkanie. Magiczne, intuicyjne, oparte na wzajemnym zrozumieniu tego, co w drugiej osobie było najgłębsze i najtrudniejsze do wyrażenia. Kolejne dwa lata spędzali razem. Ona chodziła na jego koncerty, on przesiadywał w jej laboratorium, pisząc nuty, gdy ona pracowała. Byli dla siebie inspiracją i ostoją.

    Po tym czasie ich świat, zbudowany z intuicyjnego zrozumienia, zaczął pękać. Rzeczywistość w postaci kariery, presji i niewypowiedzianych oczekiwań przestała wymuszać na nich wzajemną obserwację, a to zaczęło niszczyć ich „splątanie”.

– Marcin, to jest szansa życia. CERN! Rozumiesz?!

– To daleko. Na długo? – odpowiedział, patrząc nie na nią, a cały czas na nuty.

– Trzy lata. Możesz przyjechać. Możesz tam komponować. 

– Wśród obcych ścian? Moja muzyka tu się rodzi. 

– Nie chcesz zrozumieć Marcin. Po prostu nie rozumiesz.

    To były ostatnie słowa, które miały znaczenie. Ona wyjechała, czując się porzucona emocjonalnie. On został, czując się opuszczony fizycznie. Próbowali pisać, dzwonić, ale każda wiadomość była jak kolejne pęknięcie. W końcu przestali. Przez kolejnych kilka lat ich jedynym kontaktem były przypadkowe lajki pod zdjęciami w mediach społecznościowych, aż wszystko ucichło.

       Październik 2022 roku. Marcin wszedł do domu lekko zziębnięty i przemoczony deszczem, który od wczesnego poranka co chwilę dawał o sobie znać. Czajnik napełnił wodą, wyciągnął z szafki dwa kubki, zasypując jeden ziołami na przeziębienie, a drugi zwykłą czarną herbatą. Zdążył się rozebrać, gdy czajnik dał o sobie znać. Zalał herbaty i poszedł do łazienki, by rozgrzać się pod prysznicem. Gdy wszedł do pokoju w szarych dresowych spodniach i białej koszulce z nadrukiem „Thorgal”, podszedł do biurka i otworzył laptopa. Włączył na głośniku „I Wish It Would Rain Down” Phila Collinsa i poszedł, szurając stopami po podłodze, po kubki z herbatą. Wrócił i rozsiadł się wygodnie.

Komunikat, który pojawił się na ekranie, wgniótł go w fotel.

Użytkownik @Dagmara_Gałązka wysłał ci zaproszenie do kontaktu. Tapnął „akceptuj”, po czym wszedł na komunikator.

@Marcin_Jabłoński: To naprawdę ty? Po latach? 

Na odpowiedź nie czekał długo. Zdążył tylko wziąć kilka łyków herbaty.

@Dagmara_Gałązka: Algorytmy społecznościowe połączyły nasze profile. Uznałam, że mniej dziwne będzie napisać, niż obserwować w milczeniu. 

@Marcin_Jabłoński: Cieszę się. Naprawdę. Widziałem, co robisz. Fizyka kwantowa. To wciąż imponujące i niezmiennie onieśmielające. 

@Dagmara_Gałązka: A ty komponujesz. To ty jesteś magikiem. Ja tylko opisuję rzeczywistość za pomocą równań, a ty tworzysz nową. 

@Marcin_Jabłoński: Czasem. Najczęściej próbuję uporządkować chaos, który już jest. Zupełnie jak ty z twoimi cząstkami.

@Dagmara_Gałązka: Heisenberg by cię polubił. Zawsze miałeś talent do nieoznaczoności.

@Marcin_Jabłoński: A ty do obserwacji, która tę niepewność wywołuje.

Taki był początek po dziewiętnastu latach od ostatniego kontaktu. Wiadomości, które początkowo były ostrożne jak kroki po cienkim lodzie, z czasem stały się swobodniejsze. Omijali wielkie, niewypowiedziane rzeczy, skupiając się na teraźniejszości. On opowiadał o pracy nad ścieżką dźwiękową do filmu, o frustracji, gdy melodia nie chciała przyjść. Ona żartowała z niedostępnych dla laików paradoksów swojej dziedziny, które on, ku jej zdumieniu, często intuicyjnie rozumiał. Między wierszami przepraszali się, jednak bez użycia tego słowa.

@Marcin_Jabłoński: Gram w sobotę wieczorem w „Fermencie”. Tak dla znajomych, do szklaneczki whisky, kameralnie. Gdybyś akurat…?

@Dagmara_Gałązka: „Fermencie”? To ta kawiarnia przy ulicy Katedralnej, z tym starym fortepianem? 

@Marcin_Jabłoński: Tak. Znasz? 

@Dagmara_Gałązka: Znam. Wstąpię. Dla dźwięków oczywiście.

    Kilka dni wcześniej minęły Zaduszki, a ludzie zdążyli wrócić do Warszawy z grobów w rodzinnych stronach. W „Fermencie” pachniało świeżo mieloną kawą i czymś słodkim, jakby waniliowym tytoniem. Wszystkie stoliki były już zajęte. Dagmara siedziała w głębi sali, niemal pod ścianą, ale tak, by móc obserwować Marcina nie na wprost, a lekko z boku. Ten w tym czasie rozpinał etui na wiolonczelę. Nie grał tego wieczora na fortepianie. Odłożył futerał, usiadł na krześle i pochylił się po smyczek. Gdy go podnosił, ich spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. Dagmara uniosła lekko kącik ust w geście, który mógł być zarówno uśmiechem, jak i grymasem zdenerwowania. Marcin zaczął grać. Najpierw kawałki swoich kompozycji, potem standardy, które wtapiały się w gwar kawiarni. Ludzie siedzieli przy stolikach, skupieni na sobie, otuleni bezpiecznie jego spokojną, kojącą muzyką. Był tłem dla ich rozmów i spraw. Dla niej był całym foregroundem. Każdy kawałek wydawał się dobrze znany, a jednak nowy, niefiltrowany przez głośniki komputera, lecz żywy. Drgający w powietrzu.

Gdy skończył, odstawił instrument i podszedł do jej stolika. Krzesło zaskrzypiało, gdy je odsuwał.

– Cześć – rzucił z wyczuwalną emocją w głosie.

– Cześć. Grałeś tak pięknie. Ten pierwszy to chyba nowy, bo jeszcze taki niepewny?

– Tak. Póki co bez tytułu. Może „Superpozycja”? 

Dagmara parsknęła śmiechem.

– To bardzo kiepski żart.

– Ale rozumiesz, a nikt inny by nie zrozumiał.

Zamówili herbatę. Przez chwilę panowała między nimi cisza, głośniejsza niż jego muzyka.

– Boję się, że za chwilę zaczniemy rozmawiać o pogodzie albo polityce, byle tylko nie dotknąć tego, po co tu naprawdę jesteśmy – zaczęła Dagmara. 

– Myślałem, że jesteś tu dla dźwięków? 

– Byłam, ale teraz jestem dla rozmowy. Jak fizyk z kompozytorem. Dwoje dorosłych ludzi. 

– Dwoje dorosłych ludzi, którzy kiedyś źle się minęli?

– To delikatne określenie. Ja odeszłam, ty przestałeś dzwonić. Oboje uciekliśmy w swoją pracę jak do bunkra. Ty w harmoniczny chaos, ja w uporządkowaną niepewność.

Kelner przyniósł herbatę. Marcin bezmyślnie mieszał łyżeczką. Nie czekając, aż Dagmara zacznie, rozpoczął:

– Byłem wtedy zagubiony. Presja połączona z brakiem inspiracji. Nie potrafiłem być dla ciebie wsparciem, gdy dostałaś tę propozycję z Genewy. Poczułem się porzucony.

– A ja poczułam, że nie możesz znieść mojego sukcesu, że twój świat musi być w centrum, a moja kariera była dla ciebie zagrożeniem. To było głupie i samolubne z mojej strony. Z twojej zresztą też. 

– Wiem. Przez lata myślałem, co powinienem był wtedy powiedzieć. Powinienem był powiedzieć: „Jestem z ciebie dumny”, a powiedziałem: „To daleko”. 

– A ja powinnam była powiedzieć: „Potrzebuję, żebyś ze mną był”, a powiedziałam: „Nie rozumiesz mnie”.

Znów zapadła cisza, ale teraz była inna. Mniej napięta, bardziej oczyszczająca.

– Wiesz co jest najpiękniejsze w mojej pracy? – spytała, spoglądając w oczy Marcina. – To, że cząstka może być w dwóch stanach jednocześnie. Dopiero akt obserwacji wymusza na niej decyzję. 

– Moja też ma pewne zalety, których nie znajdziesz w wielu innych zajęciach – odpowiedział. – To to, że można zagrać dwa sprzeczne emocjami akordy i stworzyć nowe, piękne napięcie. Dysonans, który szuka rozwiązania.

Uśmiechnęli się do siebie. Prawdziwie, po raz pierwszy tego wieczoru.

– To może tak potraktujemy naszą przeszłość – kontynuował Marcin – jako superpozycję. Jako dysonans. Nie musimy jej rozwiązywać ani obserwować do upadłego. Możemy z niej po prostu zbudować coś nowego. 

– Masz na myśli nowy utwór? 

– Albo choćby jego szkic. Od początku. Na przykład o dwójce dorosłych ludzi.

Dagmara spojrzała na wiolonczelę stojącą na małej scenie.

– Zagrałbyś jeszcze tę „Superpozycję? Tylko dla mnie. 

– Jeśli obiecasz, że nie będziesz obserwować. Pozwolisz mi być w dwóch stanach naraz. Tym, który był, i tym, który jest. 

– Dobrze – odparła Dagmara. – Ja również obiecuję być w dwóch stanach: fizykiem, która wie, że to w przypadku ludzi niemożliwe, i kobietą, która wierzy, że jednak jest.

   Gdy grał, ona naprawdę nie obserwowała. Zamknęła oczy i po prostu słuchała. Po raz pierwszy od bardzo dawna czuła się nie w stanie niepewności, ale w stanie spokoju.

    Nie rzucili się sobie w ramiona. Niezamieszkali razem. Wybrali ścieżkę głębokiej, intymnej przyjaźni, która stopniowo, bez presji, przeradzała się w nową formę związku. Spotykali się co tydzień na spacerach po parku, gdzie ruch ułatwiał mówienie o trudnych sprawach. Na obiady chodzili w neutralne miejsca, gdzie dzielili się codziennością. Ona przychodziła na jego koncerty w „Fermencie”, nie jako randka, ale jako gest uznania.

Pierwszym testem był wspólny wyjazd w góry. Trzy dni wędrówek głównie w milczeniu, które nie było niezręczne, ale wspólne. Wieczorem, patrząc na rozgwieżdżone niebo, ona powiedziała: 

– Wiesz, nasze splątanie chyba jednak przetrwało?

– Uważam, że nigdy nie przestało istnieć – uśmiechnął się i dodał – tylko przez chwilę nie było obserwowane.

    Po kilku miesiącach zaczęli bardziej przenikać swoje światy. Ona odwiedzała jego przytulne, chaotyczne mieszkanie z pianinem w centrum. On gościł w jej nowoczesnym apartamencie, pełnym książek i minimalistycznego designu. Wspólnie gotowali, słuchali muzyki, oglądali filmy. Poznawali swoje nowe, dorosłe życie.

Warszawa, luty 2024

    Pewnego wieczoru, w jej mieszkaniu, Marcin położył przed nią nuty. 

– Co to jest? 

– Duet na wiolonczelę i klarnet. „Stan stabilny”. 

Dagmara zaczęła czytać nuty, choć nie była muzykiem. Rozumiała jednak emocje zapisane w tych symbolach.

– To o nas? 

– O nas. O tym, że nie trzeba mieszkać pod jednym adresem, żeby być swoim domem. O przyjaźni, która jest głębsza niż jakakolwiek burzliwa namiętność. O spokoju.

Dagmara podeszła do okna. Miasto tonęło w świetle ulicznych latarni. 

– Wiesz, w fizyce stan stabilny to układ, który nie zmienia się w czasie. Stan równowagi. 

– Dla mnie to najpiękniejsza definicja miłości. Nie musimy już niczego udowadniać. Ani sobie, ani światu. Po prostu bądźmy.

Podeszła do niego i wzięła go za rękę. Nie musieli mówić, że są parą. Byli czymś więcej – splątanymi cząsteczkami, które po latach chaosu znalazły swój stan stabilny.

Warszawa, Filharmonia Narodowa, październik 2024

   Gdy Marcin wraz z orkiestrą zaczęli grać „Stan stabilny”, Dagmara zamknęła oczy. Nie obserwowała. Czuła tylko i wiedziała, że to jest rozwiązanie ich dysonansu. Nie głośne i spektakularne, ale ciche, trwałe i ich własne.

1 komentarz do “Splątanie”

  1.     Brawo!
    Jedenastolatki łkają wycierając w rękaw swoje pierwsze smarki połechtane obietnicą, trzynastolatki marzą już o dalszej bardziej „dorosłej wersji”, a piętnastolatki właśnie dorwały kufer u Babci na strychu, w którym ich Mama ukryła swoje ulubione „Barbie”, a także pierwsze pikantne pisemko:  „Bravo Girl” z lat 90 tych i zastanawiają się, czym ta ich rodzicielka się tak emocjonowała? One to już mają dawno za sobą.
    Nawet zakonnice wiedzą, iż takie historie, to tylko w bajkach.
        Życie bywa pokrętne.
    19 lat to szmat czasu.
    A „zegar prokreacji” tyka i bije co rusz przypominając o swych potrzebach:
    „35 lat mała i zaczynam wyłączać kabelki…”.
        Jak cudownie jest wierzyć, iż Kobitka myślała tylko o nauce i pracując w Cenie nie miała okazji, aby dobrze zarobić i jeździć po Świecie.
    A już aby kogokolwiek poznać to absolutnie zabronione jej było!
    Pewnie była geniuszem więc trzymali ją w odosobnionym bunkrze przez lata, gdyż bali się, aby nie dopadł ją jakiś „samobójca”.
    Obecnie zdarza się to nadzwyczaj często w tych kręgach.
    A młodzieniec, to chyba talentem i urodą nie grzeszył i szarpał struny do kotleta w jakiejś smażalni ryb śpiewając: „Kawiarenki”, albo „Biały miś” na wieczorkach tanecznych dla podstarzałych turystów?
    Nie prawda?
    Szkoda, to by tłumaczyło jego odizolowanie się od wszystkich chętnych siks, które kapele poznają podczas koncertów i na imprezach.
       Według mnie, to oni nawet nie umieli się pokłócić w młodości.
    Gdzie ta pasja?
    Gdzie ten pazur?
    Gdzie moment, w którym on jest zazdrosny o jej kolegę że studiów, który się koło niej kręci wiecznie i jest wysportowanym, niebieskookim blondynem z lśniącą grzywą, prawiącym jej wiecznie słodkie komplementy i bardzo pomocnym „dobrym kolegą”, który oblepia ją swymi łapskami, przy każdej okazji?
    A co się stało po tym, gdy ona postanowiła mu zrobić niespodziankę i przyjechać opuszczając ważne zajęcia? Jechała na jego występ w jakiejś nieznanej dziurze oddalonej o pół dnia drogi od jej uczelni i nie zdążyła.
    Nie odbierał telefonu.
    Na scenie go nie było.
    Jego ekipa składając instrumenty zauważyła ją i z uśmieszkami na twarzy pokierowała na zaplecze.
    Tam nakryła go z jedną blond laluniąą z tapirem na głowie, w obcisłej, skąpej miniuwie, zakleszczonych w uścisku i dogłębnie sprawdzających stan swych migdałków.
        Tak, na starość mądrzejemy, stajemy się łagodni, wyrozumiali, spokojni i nie potrzebujemy już takich emocji… i wszystko sobie wybaczamy. (???)
    W wieku 45 lat w żyłach nadal płynie jeszcze płynie krew.
    A do tej samej rzeki, w której jest mnóstwo groźnych wirów i warstwa wciągającego bagna pod wodą, lepiej nie wracać, kilkukrotnie!
    Być może w wieku 60-70 lat, schorowani…, poturbowani, machamy ręka na wszystko!
    Jednak najlepiej poznać kogoś nowego.
    Gdyż wtedy „pierwszy raz odkręcamy dany słoiczek konfitur” i smakujemy je z lubością i zaciekawieniem, gdyż jesteśmy ciekawi i są dla nas jeszcze pełne po brzegi, a każde choćby muśnięcie tego smaku, to coś innego.
    Choćby nawet były z tych samych owoców, ale zawsze będzie w nich to coś, co będzie nas zmuszać do kolejnego otwarcia słoiczka.
    Każda „konfiturka jest odmienna od innej”.
        Wydawnictwo „Harlequin” delikatnie sugeruje, aby Pan popracował jeszcze nad ostateczną wersją swego dzieła i dodał ciut więcej ekspresji, gdyż ich „testerki tekstów” w wieku 20-30 lat znudziły się już na początku i wybrały erotyczne historie.
    Panie w wieku 35-60 lat w trakcie czytania od samego początku grzebały w mediach społecznościowych, obserwując swoich byłych i ich nowe, młodsze kochanki, a także nawiązywały konwersację z nowo poznanymi osobami na wiadomych portalach w celu „szybkiej konsumpcji” lub pogadania i pośmiania się z kimś „miłym” bez zobowiązań.
    Jeszcze jedna grupa z tej kategorii wiekowej obrabiała swe zdjęcia w Photoshopie, aby wkleić je na znany portal, w celu pokazania swej „metamorfozy”.
    70-80 latki zaś drzemały już w połowie.
     „Dajemy panu dobrą radę!
    Proszę porozmawiać z kobietami, ale takimi, które nie będą ściemniać, iż naiwność i przewidywalny happyend je zainteresował tak bardzo, iż przeczytały od „dechy do dechy” Pana opowiadanie.
        Jesteśmy świadomi, iż Pana aparycja i „miły sposób bycia” może być przyczyną pochlebstw i bezinteresownej aprobaty.
    Jednak nasze czytelniczki nie będą z Panem aż tak blisko, ponieważ nie znają Pana.
    To Pana tekst ma sprawić, aby pragnęły to uczynić w swych snutych marzeniach sennych!
        Proszę wybaczyć śmiałość naszej wypowiedzi.
    Pragniemy jedynie uzmysłowić autorowi czego naprawdę pragną kobiety, które są naszym „targetem docelowym”.
    W skrócie: „Pańskiej opowieści brak pasji, która zatrzyma wzrok „kobiet po przejściach” i pozwoli im zamarzyć o tym, czego pragną skrycie „tam gdzie nikt obcy nie ma wstępu”.
    Nawet bardzo spokojna, starsza pani chce poczuć, że żyje, czytając!
    Dziękujemy za szczere chęci. .”

    H.C. Polska

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry