Wrześniowe, późne popołudnie kładło złotawy blask na pustym peronie dworca głównego w Szczecinie. Igor wsiadł do pociągu relacji Szczecin-Warszawa i zajął miejsce, które miał wykupione. Podróż zapowiadała się na długą i nudną. Już na samym początku jego wzrok zatrzymał się na dziewczynie siedzącej naprzeciwko. Miała ciemne włosy spięte w niechlujny kok, a w dłoniach trzymała grubą książkę o sztuce. Wyglądała na skupioną, ale odrobinę znudzoną. Co chwilę zerkała znad książki za okno. W przedziale byli sami. Nie chciał co chwilę na nią zerkać, by nie poczuła się dziwnie, więc po kilku chwilach od momentu, gdy pociąg ruszył, wpadł na szalony pomysł. Wyjął z plecaka mały dyktafon i przysiadł się obok niej z poważną miną.
– Przepraszam, czy mogę zadać pani jedno pytanie? Prowadzę badania socjologiczne. Co pani sądzi o erotyce w polskim malarstwie? – zapytał, podsuwając mikrofon.
Dziewczyna podniosła wzrok znad książki, zaskoczona, ale nie speszyła się. Jej spojrzenie było bystre i analityczne.
– To bardzo szerokie pytanie – odparła po dłuższym milczeniu, a w jej głosie zabrzmiało zaciekawienie. – Erotyka w polskim malarstwie często była przegadana, ukryta pod warstwą symboliki. Weźmy chociażby Jacka Malczewskiego. Jego fauny, chimery, mitologiczne postacie. To wszystko jest głęboko erotyczne, ale zakamuflowane. To nie jest bezpośrednia cielesność, a raczej oniryczna gra pożądania.
Igor, zaskoczony rzeczowością odpowiedzi, opuścił dyktafon.
– Malczewski? Mówi pani o tych obrazach, gdzie młodzieniec jest adorowany przez półnagą rusałkę?
– Właśnie o tym – skinęła głową. – To erotyzm wysublimowany, literacki. Inaczej niż u niektórych współczesnych, którzy lubią szokować dosłownością. Ale czy dziś to jeszcze jest erotyka, czy już pornografia? To kolejne pytanie do pana badań.
Rozmowa potoczyła się sama. Ona przedstawiła się jako Zuzanna, była studentką historii sztuki. Igor, który tak naprawdę studiował politologię, musiał improwizować, ale jako że sztukę lubił, dawał radę.
– A co z Witkacym? – rzucił po chwili, przypomniawszy sobie postać słynnego artysty. – Portrety tych wszystkich kobiet w ekstrawaganckich pozach? Tam chyba nie brakuje bezpośredniości.
Zuzanna uśmiechnęła się szeroko.
– Witkacy! O, tak. On z premedytacją łamał tabu. Jego erotyka jest niepokojąca, psychodeliczna. To nie jest piękno w klasycznym rozumieniu, to jest „beauty is a monster”, piękno jako potwór. Jest w tym jakaś obsesja, chorobliwość, która paradoksalnie pociąga.
– Czyli woli pani erotykę z domieszką obłędu od sielankowych aktów? – drażnił się.
– Wolę, kiedy jest myśl, a nie tylko technika – odparła stanowczo. – Ale, jeśli już o skrajnościach, to nie można zapomnieć o twórczości Olgi Boznańskiej. Jej obrazy nie przedstawiają wyraźnie erotycznych motywów. Jeśli już pojawia się coś z pogranicza portretu i aktu, to jest to niezwykle zmysłowe, ale przez swoje niedopowiedzenie. Mgliste, rozmyte, jakby widziane przez zaparowane szkło. To taka erotyka intymności, jak w „Kobiecie w białej bluzce”.
Rozmawiali tak przez resztę podróży. Przeskoczyli z modernizmu do powojennej awangardy, aż zabrnęli w mniej oczywiste w tej materii dzieła Kobro czy Abakanowicz. Igor zapomniał, że to wszystko zaczęło się jako żart, a Zuzanna była pasjonującą rozmówczynią. Oczarowana tematem, gestykulowała, a jej policzki pokrył delikatny rumieniec. On sam odkrywał w sobie nieznany dotąd zapał do analizowania sztuki. Kiedy pociąg zaczął zwalniać przed Dworcem Centralnym w Warszawie, oboje zamilkli, jakby zaskoczeni, że podróż dobiegła końca.
– To było naprawdę fascynujące – powiedział Igor, wyłączając w końcu dyktafon, który przez cały czas leżał między nimi, rejestrując ich rozmowę. – Przyznaję się bez bicia, że nie prowadzę żadnych badań. Po prostu uznałem, że pani wygląda na kogoś ciekawego i postanowiłem zrobić sobie żart, by przełamać ciszę w przedziale.
Spojrzała na niego, a w jej oczach błysnęła rozbawiona iskra.
– Wiedziałam – oświadczyła.
– Że co? Jak to?
– Twój dyktafon ma przycisk nagrywania w jaskrawoczerwonym kolorze. Nie włączyłeś go na początku, tylko dopiero gdy usiadłeś. To było zbyt amatorskie, żeby mogło być prawdziwe.
Igor poczuł, jak rumieni się po uszy.
– I nie wyrzuciłaś mnie od razu?
– Byłam ciekawa, dokąd to zaprowadzi – przyznała z uśmiechem. – A zaprowadziło do całkiem dobrej rozmowy.
Wstali i razem wysiedli na zatłoczony peron. Stanęli niepewnie, wahając się.
– Słuchaj, – zaczął Igor, trzymając w dłoni dyktafon – Ten żart… może przerodzi się w kawę? Moglibyśmy kontynuować temat, choć niekoniecznie. Tym razem bez nagrywania.
Zuzanna zamyśliła się na chwilę, a potem skinęła głową.
– Dobrze. Ale pod jednym warunkiem.
– Jakim?
– Tym razem ja przyniosę dyktafon. Mam kilka pytań o politykę – rzuciła z przekornym uśmiechem, widząc jego przerażoną minę. – Daj mi swój numer. Wyślę ci miejsce i godzinę.
Igor, wciąż nieco oszołomiony, wpisał swój numer do jej telefonu. Patrzył, jak odchodzi w tłumie, a potem spojrzał na małe, czarne urządzenie w swojej dłoni. Ta podróż miała być nudna, a okazała się początkiem czegoś zupełnie nieprzewidywalnego, a także obietnicą kolejnego spotkania.
Warszawa jednak pochłonęła go bardziej niż zakładał. W pracy dostał nowy telefon i szybko pożegnał się ze swoim prywatnym. W ferworze zawodowych zajęć zapomniał na jakiś czas o podróży, spotkaniu i rozmowie.
Kilka lat później.
Siedział przy długim stole, gubiąc się w gąszczu własnych myśli i pytań. Stos książek przed nim topniał w zastraszającym tempie, a kolejka czytelników wciąż się nie kończyła. „Erotyzm (nie) zakazany. Od Młodej Polski do naszych czasów” – tytuł jego debiutanckiej książki lśnił złotymi literami. Sam czuł się spełniony, lecz zmęczony i odrętwiały od powtarzalnych uścisków dłoni i uśmiechów. Jego pióro miało już odnotować kolejne imię, gdy usłyszał;
– Dziękuję za napisanie tej książki. Ta podróż pociągiem do Warszawy była dla pana inspiracją? – zapytał kobiecy głos, cichy, ale niezwykle wyraźny w gwarze klubokawiarni.
Zamarł. Pióro przestało się poruszać. To zdanie. To pytanie. Podniósł wzrok i spojrzał w twarz kobiety stojącej przed nim. Ciemne włosy, teraz krótsze i elegancko ułożone, te same bystre oczy, które patrzyły na niego z lekkim rozbawieniem i nutką niepewności. Mignęła mu przed oczami scena sprzed lat: nieporządny kok, dyktafon z czerwonym przyciskiem i rozmowa, która wywróciła jego zawodowe plany do góry nogami.
– Zuzanna? – wyszeptał, czując, jak gorąca fala uderza mu do głowy, a jego pewność siebie, wypracowana przez lata dziennikarstwa, rozpłynęła się w jednej chwili.
– Myślałam, że mnie pan nie rozpozna – uśmiechnęła się, a w jej oczach zagrały wspomnienia.
– Boże, Zuzanno… Przepraszam – zerwał się potrącając przy tym stos książek.
Ludzie w kolejce zaczęli się niecierpliwić, ale on przestał ich widzieć.
– Zostań. Proszę. Kiedy skończę, porozmawiamy?
Skinęła głową i odeszła w głąb księgarni, a on przez resztę spotkania podpisywał książki mechanicznie, myślami, będąc przy stoliku w kawiarnianym zakątku. Gdy wreszcie był wolny, odszukał ją. Siedziała nad filiżanką herbaty, przeglądając jego książkę. Gdy tylko podszedł do stolika wskazała otwartą stronę.
– Cytujesz naszą rozmowę, tę o pięknie jako potworze u Witkacego.
– Wszystko w tej książce zaczęło się od tej rozmowy – przyznał, siadając naprzeciwko. – Tamta podróż to był impuls. Zawsze chciałem ci podziękować.
– Za bycie obiektem twojego żartu? – spytała z przekąsem, podnosząc filiżankę.
– Za to, że nie kazałaś mi się wynosić – odparł szczerze. – Za tę rozmowę, po której zostałaś moją muzą, chociaż o tym nie wiedziałaś. Szybko zmieniłem numer telefonu i…
– To by niewiele pomogło – przerwała mu. – Wyjechałam na studia do Londynu. Potem zostałam kuratorką w jednej z belgijskich galerii sztuki. Wróciłam niedawno, a twoja książka była wszędzie, więc nie mogłam nie przyjść.
Zapadła chwila komfortowej ciszy, wypełnionej tylko szelestem przewracanych stron i gwarem kawiarni.
– I co? Jako kurator możesz zostać najostrzejszą krytyczką? Co o niej sądzisz?
Zuzanna zamknęła książkę i spojrzała mu prosto w oczy.
– Myślę, że to piękna i mądra książka, ale ma jeden zasadniczy błąd.
– Jaki? – spochmurniał.
– Pomija najciekawszy wątek. Nie mówi o tym, jak pewien chłopak, udając socjologa, podszedł do dziewczyny w pociągu i jak ta rozmowa, pełna żartu, niepewności i dziwnego, intelektualnego flirtu, stała się iskrą. To byłby doskonały epilog o tym, jak erotyka w sztuce nie jest tylko sprawą obrazów, ale też spotkaniem pełnym niedopowiedzeń i chemii.
Igor poczuł, jak coś dawno zapomnianego budzi się w jego piersi. Uśmiechnął się, bardzo niepewnie i nerwowo.
– Wiesz…– powiedział, dotykając palcem jej rękę. – Na drugie wydanie zawsze można dodać kolejny rozdział albo epilog.
– Epilog? – uśmiechnęła się, nie odsuwając dłoni – A może nowy początek?
Igor ledwie mógł się doczekać, aż ostatni fani odejdą, by wreszcie móc skupić się wyłącznie na Zuzannie. Ona zaś, jakby czytając jego myśli, prowadziła z nim subtelną, pełną napięcia grę. Za każdym razem, gdy ktoś podchodził do ich stolika z gratulacjami, on rzucał jej pełne przeprosin spojrzenie, a ona odpowiadała ledwie dostrzegalnym uśmieszkiem.
W pewnym momencie, pod pretekstem poprawienia pozycji na krześle, odchyliła się nieco, a jej sukienka odsłoniła obciągniętą pończochą łydkę. To był krótki, elektryzujący sygnał dla niego. Dostrzegł ten gest, a jego serce zabiło szybciej.
Kolejne minuty ciągnęły się w nieskończoność. Każdy uścisk dłoni, każdy uśmiech do nieznajomego fana stawał się torturą. Igor nie potrafił nikomu odmówić. W końcu, gdy wydawało się, że ostatni czytelnik odchodzi, a on chciał już zaproponować zmianę lokalu, podszedł kolejny z egzemplarzem pełnym samoprzylepnych karteczek. Z rozpaczą w duszy odpowiadał na szczegółowe pytania o źródła ikonograficzne. Wtedy Zuzanna położyła dłoń na jego ramieniu. Jej dotyk był lekki.
– Przepraszam na chwilę, muszę tylko przypudrować nos – szepnęła mu do ucha, a jej głos brzmiał zwyczajnie, neutralnie.
Skinął głową, rozpromieniony, myśląc: „To tylko chwila, a zaraz to wszystko się zacznie na nowo”.
Jednak chwila zaczęła się przeciągać – pięć minut, potem dziesięć, a w końcu kolejne pięć. Niecierpliwie zerkał w stronę damskiej toalety. W końcu, gdy mężczyzna z karteczkami odszedł, Igor poderwał się z miejsca i podszedł do barmana, który krzątał się za kontuarem.
– Przepraszam, czy nie widział pan mojej towarzyszki? Ciemne włosy, czarna sukienka?
Barman przetarł szklankę, a jego twarz była pozbawiona wyrazu.
– Tak, proszę pana, widziałem. Wyszła jakieś kwadrans temu. Po prostu skierowała się do wyjścia.
Stał jak sparaliżowany. „Wyszła”. To słowo uderzyło go z fizyczną siłą. Wrócił do stolika. Jej filiżanka z niedopitą herbatą wciąż tam stała. Obok leżał egzemplarz jego książki, który przeglądała. Otworzył go machinalnie. Na stronie z dedykacją, tam, gdzie w trakcie rozmowy się podpisał, Zuzanna dopisała coś od siebie. Pismem eleganckim i stanowczym napisała:
„Igorze, niektóre epilogi pisze się tylko raz. Dziękuję za wszystko – Z.”.
Przez kolejne tygodnie i miesiące szukał jej z obsesyjną determinacją. Odnajdywał ślady jej kariery – od artykułów w katalogach wystaw po wzmianki o jej kuratorstwie w Londynie, a potem w Berlinie. Zawsze był o krok za nią. Wysyłał maile na znalezione adresy, listy do instytucji kultury. Czasem dostawał odpowiedzi, że „Pani Nowakowska nie pracuje już u nas” lub „Wiadomość została przekazana”. Zuzanna stała się dla niego tym, czym była na samym początku – ulotnym zjawiskiem, pięknym niedopowiedzeniem. Kobietą z pociągu, która na zawsze zmieniła bieg jego życia, by potem zniknąć.
Jego kolejne książki zyskiwały uznanie, ale on wciąż nosił w sobie obraz tamtego wieczoru: migawki jedwabnej pończochy, niedopitą herbatę i krótką, druzgocącą wiadomość, która była jej ostatnim słowem. Wypatrywał jej na kolejnych spotkaniach autorskich, lecz nigdy więcej się nie spotkali.
Przez całe życie, pisząc o pięknie i utracie dzieł sztuki, tak naprawdę pisał o niej. O kobiecie, która przyszła, by przypomnieć mu o początku, i odeszła, by stać się jego największym i najboleśniejszym epilogiem.


