Źdźbła trawy

We wrześniowy, chłodny poranek, gdy mgła nad Narwią jeszcze nie opadła całkowicie, przez łąki w okolicy Białegostoku wędruje człowiek. Nie ma oficjalnego imienia; nazywany jest czasem Jaźwicem. W kieszeni nosi stary, pożółkły tomik „Leaves of Grass” Whitmana. Przywiózł go kogoś wracający z emigracji zza oceanu i przetłumaczył ołówkiem między wierszami, znając nie tylko angielski, ale i podlaski szelest pól.

Jaźwiec wędruje bez celu i śpiewa. Niegłośno, bo Podlasie nie znosi wrzasku, ale tak, że w jego śpiewie słychać całą naturę tego regionu: żurawie nad Biebrzą, dym z komina w starej chacie pod Surażem, zapach świeżo skoszonej trawy, na łąkach pod Wasilkowem.

„Świętuję siebie samego i śpiewam siebie samego” – nuci cicho, a trawa odpowiada mu rytmicznym falowaniem. Bo tu, na Podlasiu, trawa nie jest tylko trawą. To źdźbła pamięci. Każde z nich pamięta czyjeś stopy, łzy, śmiech. Noszą w sobie przeróżne historie, jak ta o babce, która plewiła ogród w 1935 roku i śpiewała: 

„A Ciebie Jasieńku, za męża nie proszę. 

Mająteczek zginie,

 Jak liść na kalinie, 

Uroda i honor, przy biednej dziewczynie.”

Noszą historię żołnierza, który uciekał przez bagna i nigdy ich nie opuścił, czy też dziecka, które biegało tu za motylami.

       Jaźwiec lubi siadać na miedzy. Zdejmuje kapelusz i obserwuje, jak słońce przebija się przez liście grusz ulęgałek i tarnin. Czuje, jak wszystko jest jednym. On i robak w ziemi. On i bocian na gnieździe. On i… wszystko na tej ziemi.

„Widzę Boga w każdej godzinie z dwudziestu czterech” – szepcze napotkanym ciekawskim, zdziwionym jego szwędaczką. I naprawdę widzi. Dostrzega w starym Żydzie, który co roku wraca do Tykocina, by zapalić świeczkę w synagodze, w której modlili się jego przodkowie. Widzi w kobiecie z Kruszynian, która piecze pierogi nadziane baraniną, jak jej pradziad Tatar, przybyły tu z koniem i szablą jeszcze za Jana Sobieskiego. Widzi też w białoruskiej pieśni, którą śpiewają starzy ludzie w cerkwi w Trześciance, gdy głosy drżą jak liście na wietrze.

Kiedy ma iść, nie zastanawia się. Wstaje i idzie dalej. Przez łąki, gdzie kiedyś stały wsie, które już nie istnieją, bo zostały spalone, przesiedlone, wyludnione i zapomniane. Ale trawa wszystko pamięta. W nim też mieszka pamięć; o dziewczynie, którą kochał; o dniu, w który Śmierć zabrała mu matkę; o smaku chleba z pieca i smaku krwi, gdy walczył o swoją ziemię. Pamięta, jak był nikim i jak był wszystkim.

Gdy przechodzi obok przydrożnego krzyża, zawsze się zatrzymuje. Kładzie dłoń na drewnie, które, mimo wieku, jest ciepłe jak ciało. Modli się.

„Nie pytam, kto jesteś, to już nie jest ważne.

Jesteś mną, a ja przez Ciebie

Któż by mógł wymyślić świat tak różnorodny,

I by było w nim jak w niebie.

Jak nie TY.”

I wtedy słyszy, jak cała okolica śpiewa razem z nim. Śpiewa cicho, po podlasku, po polsku, po białorusku, po żydowsku, po tatarsku. Śpiewa tak, jak potrafi tylko ta ziemia – nie głośno, nie dumnie, ale głęboko. Aż do kości. Aż do samego środka.

„To samo jest ze mną, co z wami.

Sto lat naprzód albo sto lat wstecz. 

To samo słońce, ta sama rzeka, ci sami ludzie patrzący…

I Bóg się uśmiecha. 

Nikt nigdy nikogo nie wygnał, stąd precz.”

       Jaźwiec nosi w swojej torbie notes, w którym spisuje zasłyszane historie i do każdej z nich wkłada między kartki po kilka zerwanych z danego miejsca źdźbeł trawy. A każde źdźbło ma swoją pamięć, cieńszą niż pajęczyna, ale mocniejszą niż stal. 

W jednym jest ciepło stóp Anieli z 1915 roku, gdy szła boso z Grabówki na jarmark do Białegostoku i śpiewała: „Wśród kolorowych okiennic, malwy szepczą do siebie, że w ich uśpionej krainie jest trochę tak, jakby w niebie.” W tym samym źdźble pozostało jeszcze echo jej płaczu, gdy w 1920 roku wróciła i zobaczyła, że chałupa spłonęła, a ojca już nie ma. Trawa przyjęła obie pieśni: tę radosną i tę rozpaczliwą, i przechowuje je razem, jakby jedno bez drugiego nie miało sensu.

W drugim źdźble jest pamięć o lejtnancie Szmulu z Sokółki, z lipca 1941 roku. Uciekał nocą przez łąki, mundur rozdarł na krzakach, a buty zostawił w błocie. Upadł właśnie tu, między kępami turzycy, i przez chwilę myślał, że umrze. Ale nie umarł. Przeleżał do świtu, słysząc, jak Niemcy palą getto po drugiej stronie rzeki. Zapach dymu wdarł się w liście trawy i pozostał na zawsze. Teraz, gdy wiatr wieje od zachodu, źdźbło pachnie spaloną deską i dziecięcym płaczem.

Trzecie źdźbło pamięta początek lat dziewięćdziesiątych i chłopaka w adidasach z pewexu, który całował tu dziewczynę o imieniu Agnieszka. Leżeli na kocu, słuchali „Autobiografii” Perfectu z kasety na „Kasprzaku”, a ona śmiała się, że trawa łaskocze ją w plecy. Potem poszli w różne strony – on wyjechał do wojska, ona na studia do Warszawy – ale źdźbło pozostało. I wciąż czuje ciepło ich młodych ciał, jakby to było wczoraj.

Jest też źdźbło tatarskie, grubsze, mocniejsze, z korzeniem głębokim jak studnia. W nim mieszka pamięć konia, który padł tu w 1920 roku po bitwie nad Niemnem. Jeździec, chorąży z pułku ułanów tatarskich, zdjął czapkę, pocałował konia w chrapy i poszedł dalej piechotą. Koń leżał trzy dni, zanim przyszły wilki. Trawa piła krew konia i łzy człowieka, który nigdy nikomu nie powiedział, że płakał.

A na samym środku łąki rośnie źdźbło szczególne, cienkie, prawie białe. To źdźbło dziecka, które nigdy się nie urodziło. W 1952 roku młoda kobieta z Ryboł przyjechała tu sama, z nożem kuchennym i butelką wódki. Po wszystkim długo leżała, patrząc w niebo i nigdy nikomu o tym nie powiedziała. Krew wsiąkła w ziemię, a trawa przyjęła to, co mogłaby przyjąć matka. Teraz, gdy ktoś przechodzi obok, źdźbło drży, lecz nie z wiatru, tylko z czułości.

       Jaźwiec często siada pośrodku polnej drogi lub łąki, kładzie dłoń na ziemi i wsłuchuje się w źdźbła. Nie musi o nic pytać. Trawa sama opowiada. Przechyla się ku niemu i szepcze wszystkimi głosami naraz: Anieli, Szmula, Kaśki, chorążego, nienarodzonego dziecka, setek innych, których imion nikt już nie pamięta. On rozumie najgłębszą tajemnicę Podlasia: od momentu przecięcia przez Atropos nici życia, nie ma tu umarłych. Są źdźbła, które przejmują pamięć i które opowiadają swoją historię.

1 komentarz do “Źdźbła trawy”

  1. Przeczytałam opowiadania.
    Bardzo dobre, ciekawe.
    Niektóre niepokojąco zbieżne… – „dłużyzny Anny”.
    Inne nadal mają to Twoje zbyt szybkie „wyliczanie” po przecinku…
    Stronka nieźle śmiga, oby tak dalej.

    A.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry