Flisak

       Tafla wody leniwie niosła tratwę, na której stał opalony na mahoniowo mężczyzna z siwiejącą brodą, i długim wiosłem kierował swoją drewnianą konstrukcją środkiem nurtu. Miał na imię Kosma i był miłośnikiem flisactwa. Minął już Jezioro Żywieckie, pokonał kapryśną Sołę, a teraz od kilku dni płynął królową polskich rzek – Wisłą. Przed oczami miał mapy, którymi otaczał się wieczorami, oraz historie o flisakach, które znał na pamięć. To była jego podróż życia.

Okolice Krakowa mijał w ciszy, wsłuchany w plusk wody o burtę tratwy i krzyki mew. Wzgórza wawelskie zniknęły już za zakrętem, ustępując miejsca bardziej płaskim, zielonym brzegom. Właśnie rozmyślał o tym, gdzie stanie na nocleg, gdy nagle ciszę rozdarł przenikliwy, kobiecy krzyk. Dochodził z gęstych wiklinowych zarośli na lewym brzegu. Kosma natychmiast skupił wzrok i wytężył słuch. Serce zabiło mu mocniej. Usłyszał trzask gałęzi i głuchy plusk. Ktoś wskoczył do rzeki. Z wody, kilkadziesiąt metrów przed tratwą, wynurzyła się postać, rozpaczliwie walcząca z nurtem. Mignęła tylko na moment – mokre, ciemne włosy i szeroko otwarte oczy pełne przerażenia. Nim się zorientował, jego ręce same podjęły decyzję. Szybkim, wprawnym ruchem skierował tratwę bliżej brzegu, tamując bieg wiosłem.

– Trzymaj się! Płyń w moją stronę! – krzyknął.

Z wody wyłoniła się kobieta. Dłonie miała otarte, a na policzku świeży siniec. Jej oddech był chrapliwy, urywany. Z trudem złapała rzuconą przez Kosmę linę. Gdy tylko znalazła się na pokładzie, osunęła się na deski, drżąc jak osika i kaszląc wodą. 

– Ścigali mnie – wykrztusiła, wskazując nerwowo w kierunku brzegu. – Proszę, nie zawracaj, płyńmy dalej! 

Kosma nawet nie myślał o zawracaniu. Jednym rzutem oka ocenił sytuację. Na brzegu, wśród krzaków, dostrzegł dwie męskie postaci. Mężczyźni stali przez chwilę, jakby wahali się, czy wskoczyć do wody. Widząc, że tratwa zabiera uciekinierkę i oddala się z prądem rzeki, wymienili między sobą gniewne gesty i zniknęli w gąszczu. Dopiero gdy brzeg oddalił się na bezpieczną odległość, Kosma podszedł do kobiety. Owinął ją kocem, który zawsze miał pod ręką, i podał kubek herbaty, którą miał zaoparzoną w termosie. Gdy drżenie powoli ustępowało, zagaił:

– Nazywam się Kosma i płynę w stronę Bałtyku. A ty? Co się stało? 

Kobieta, wciąż niepewna, spojrzała na jego twarz. Widziała w niej więcej zmarszczek i dobroci niż zagrożenia.

– Jestem Julia – odpowiedziała cicho. – Uciekłam im, a mieli mnie przemycić za granicę. Zabrali mi dokumenty, pieniądze, wszystko. Kiedy zorientowałam się, że to nie jest żadna legalna praca, tylko handel ludźmi, zaczęłam szukać okazji. Dogonili mnie dopiero tu, nad rzeką. Gdyby nie pan… – głos jej się załamał. 

Poczuł zimny dreszcz. Jego idylliczna podróż w ślad historii nagle zderzyła się z brutalną współczesnością.

– Jesteś teraz bezpieczna – powiedział stanowczo. – Na tratwie jesteś jak w twierdzy, a gdy dotrzemy do miasta, zgłosimy to policji. 

Julia pokręciła głową, a w jej oczach znów pojawił się lęk. 

– Nie. Oni są zorganizowani. Mają wszędzie swoje oczy. Proszę, niech pan mnie nie wysadza. Niech pan pozwoli mi płynąć dalej. Chociaż kawałek. Dopóki nie będzie naprawdę bezpiecznie.

Kosma spojrzał na nią, potem na rzekę, która nieubłaganie niosła ich ku północy. Jego tratwa, zbudowana dla przygody i z nostalgii, nagle stała się arką ocalenia. 

– Zostajesz – oświadczył – Wisła wszystkich niesie i ciebie też poniesie. A ja jako flisak mam obowiązek pomagać tym, których rzeka mi przysyła.

       W ciągu następnych dni Julia powoli odzyskiwała równowagę. Stała się częścią tratwy, jej załogą. Uczyła się sterować, pomagała przy gotowaniu prostych posiłków na małym kuchennym piecyku. Opowiadała o swoim życiu, a on dzielił się z nią historiami o dawnych flisakach, flisackich bitwach toczonych nad brzegami Wisły i legendach o zatopionych skarbach. Rzeka, która dla Kosmy była korytarzem w przeszłość, dla Julii stała się korytarzem do wolności.

    Tratwa powoli płynęła z nurtem Wisły. Niebo mieniło się odcieniami fioletu i pomarańczy. Julia, otulona kocem, siedziała na skrzyni. Kosma, opierając się o długi wiosło-sternik, patrzył na wodę. Panowała komfortowa cisza, przerywana tylko pluskiem fal. 

– Wiesz co? – zagaiła Julia, omiatając wzrokiem konstrukcję tratwy. – Czy twoja tratwa jest taka sama jak te dawne? Czy flisacy pływali na czymś takim? 

– Moja? To tylko rekonstrukcja, do tego prostacka i mała. Prawdziwe flisackie tratwy były arcydziełami ciesielskiego rzemiosła. Pływały całe pociągi, po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tratw związanych razem. To był prawdziwy tabor rzeczny. 

– Pociągi? Jak to? 

– Wyobraź sobie, że ta nasza tratwa to był tylko jeden wagon, a na czele całego takiego „pociągu” płynęła największa, główna tratwa, zwana wodną lub płytową. Za nią, związane linami z łyka lipowego, bo konopnego jeszcze wtedy nie używano, ciągnęły się mniejsze: nury, kraje i biczyki. Razem mogły mieć nawet kilkaset metrów długości. 

– Kilkaset metrów drewna na wodzie? To musiała być przeprawa! 

– I to jaka! A do sterowania nie starczyło jedno wiosło. Na każdej większej tratwie stało dwóch flisaków z ogromnymi, długimi na kilka metrów wiosłami zwanymi drygawkami. Na przedniej wodnej tratwie stał najważniejszy – retman. On wydawał komendy, znał rzekę na pamięć, wiedział, gdzie są mielizny i gdzie kryje się niebezpieczeństwo. To był kapitan. 

– A po co to wszystko? Co one takiego woziły, że trzeba było się tak wysilać? 

– Przede wszystkim drewno. Setki ton drewna – Kosma zapatrzył się na horyzont, jakby widział te dawne pociągi. – Belki, bale, klepki, potaż do produkcji szkła i mydła. Wszystko, co dawały lasy I Rzeczypospolitej, płynęło z południa, tak jak my, z okolic Karpat, aż do Gdańska, a z Gdańska często dalej w świat. To był towar eksportowy numer jeden, ale nie tylko. Płynęły też beczki ze zbożem, kamienie, no i ludzie. Czasem podróżni, czasem uciekinierzy. Rzeka niczego nie odrzuca. 

Julia zamyślona spuściła wzrok. On w tym czasie zaczął kontynuować łagodniejszym, mniej emocjonalnym tonem. 

– A potem, pod koniec rejsu, w Gdańsku… 

– Sprzedawali towar? – wtrąciła Julia.

– Nawet tratwę! – zaśmiał się na widok jej zdziwionej miny. Cały ten drewniany pociąg rozbierano i sprzedawano jako budulec. Flisacy wtedy wracali do domów pieszo, a ta wędrówka nazywała się „powrotne”. Szli tak setki kilometrów, czasem tygodniami. To był trudny kawałek chleba, ale za to byli wolnymi ludźmi. Od XVII wieku posiadali królewskie przywileje, które im tę wolność gwarantowały. 

– Co się z tym stało i dlaczego to zniknęło? 

– Kilka rzeczy – odparł głosem bardziej nostalgicznym. Parowóz był szybszy, tańszy i niezależny od pogody i poziomu wody. Po drugie – tamy, zapory i regulacja rzek. Rzeka przestała być dzika i wolna, a bez tego nie ma flisaka. A po trzecie – rozbiory. Gdy Polska zniknęła z mapy, handel zamarł, a nowe granice przecięły szlaki. To był cios ostateczny. Ostatnie wielkie tratwy spłynęły chyba gdzieś na początku XX wieku. Potem zostały już tylko wspomnienia. 

– A ty – Julia spojrzała na wodę, a potem na Kosmę – po co to robisz? Płyniesz tak sam. 

– Żeby poczuć tę wolność, dotknąć historii, dla pamięci i może…– przez chwilę się zastanowił – może po to, żeby kiedyś, gdy ktoś tak jak ty zapyta, móc opowiedzieć, bo jak się przestaje opowiadać, to wtedy naprawdę wszystko zanika.

– To opowiadaj dalej. Proszę. 

– Dobrze. A wiesz, jak rozpoznać dobrego flisaka po chodzie?

– Nie mam bladego pojęcia.

Kosma z charakterystycznym, lekko chybotliwym krokiem przeszedł parę metrów po deskach tratwy, zataczając lekki łuk i balansując ciałem. 

– Po tym, że chodził tak, jakby cały czas stał na tratwie. Mówiło się, że prawdziwy flisak nigdy nie tracił rzecznego kroku. Po tygodniach na wodzie, która nigdy nie jest stabilna, ląd stawał się dla nich zbyt twardy i nieruchomy. Szli więc specyficznie, z nogami szeroko rozstawionymi dla lepszej równowagi, w chodzie się kołysząc, jakby cały czas czuli pod stopami nurt.

Julia, patrząc na jego nogi, zaśmiała się głośno.

– To znaczy, że ty też tak teraz będziesz chodził? 

– Oczywiście! – odpowiedział z trudem, udając powagę. Retman na brzegu mógł od razu poznać swoich chłopaków po tym chwiejnym kroku. To było jak flisacka pieczęć. Nawet po miesiącach na lądzie ten rytm w ciele często zostawał. Rzeka na zawsze zmienia człowieka, nie tylko jego historię, ale nawet to, jak stawiał nogi na ziemi. 

– To chyba nic przyjemnego być cały czas niepewnym, nawet na stałym gruncie. 

Przysiadł się obok i odparł ciepłym głosem:

– Nie o niepewność tu chodzi, Julka. O pamięć. To nie był chwiejny krok kogoś, kto się boi upaść. Był to krok kogoś, kto wie, że równowagę trzeba nieustannie czuć i wyczuwać, tak jak na rzece. Myślę też, że to wcale nie było złe, bo przypominało im, skąd przyszli i dokąd zawsze pragnęli wrócić. 

Julia kiwnęła głową, a jej wzrok znów zawędrował na horyzont, gdzie rzeka ginęła już w zapadającym zmroku. 

       W ciągu kolejnych dni tratwa wciąż sunęła przez rozległe, nizinne krajobrazy Mazowsza. Jednego popołudnia, gdy słońce przesączało się przez lekkie opary unoszące się nad wodą, Julia, zamiast patrzeć na brzegi, ze skupieniem przyglądała się zebranemu podczas jednego z postojów pękowi ziół, które suszyły się przybite do deski. Kosma obserwował tę scenę z ciekawością. 

– Znowu przy swoich ziołach? Co tym razem znalazłaś? 

Julia uśmiechnęła się, podnosząc wiązkę suszonych kwiatów.

– To jest dziewanna, a to krwawnik. Zbieram, póki sezon. To moja mała apteka. W laboratorium miałam nowoczesny sprzęt, chromatografy, destylatory, a teraz wystarczy słoik, woda i odrobina wiedzy. 

– I to naprawdę działa? Te babcine sposoby?

– Babcine sposoby często były jedynymi dostępnymi lekarstwami. Co więcej, były skuteczne, ponieważ opierały się na setkach lat obserwacji. To była proto-nauka. Weźmy na przykład krwawnik – Achillea millefolium – stosowany na rany oraz do płukania jamy ustnej w przypadku stanów zapalnych. Napar z lipy pomagał na gorączkę i poty, a odwar z kory dębu był skuteczny na biegunki, ponieważ garbniki w nim zawarte ściągają błony śluzowe. To nie magia, to fitochemia. 

– A jak to stosowali? Po prostu pili herbatkę? 

– Różnie. To zależało od dolegliwości. Napary, czyli zalewanie ziela wrzątkiem, najczęściej stosowano na problemy wewnętrzne. Odwary, czyli gotowanie twardszych surowców, takich jak kora czy korzenie, były przygotowywane, aby wydobyć więcej substancji aktywnych, na przykład wywary do nasiadówek przy hemoroidach. Stosowano także okłady z utłuczonego świeżego ziela na rany i stłuczenia, a maści robiono na bazie smalcu z dodatkiem ziół, jak choćby żywokost na bolące stawy. Na Podlasiu, natomiast… – przerwała na chwilę, a w jej oczach pojawił się błysk prawdziwej fascynacji.

– Co na Podlasiu? – zapytał, korzystając z chwili ciszy.

– Tam to była i jest wyższa szkoła jazdy. Nie ograniczano się tylko do podawania ziół. To były rytuały i akty wiary. Szeptunka najpierw „wyszeptywała” chorobę, odmawiała modlitwy, często bardzo stare, zniekształcone słowiańskie zaklęcia zmieszane z chrześcijańskimi, a dopiero potem podawała zioła. Na „przestrach”, czyli nerwicę lękową, stosowano macierzankę. Na „róże”, czyli rumieńce z gorączką, kąpiele w owsie. Ich siła brała się z połączenia mocy roślin, autorytetu i sugestii. Ludzie wierzyli, że to zadziała, a umysł to potężne narzędzie. 

– I to wszystko odeszło w zapomnienie? 

– Zmierzch nadszedł wraz z powojenną industrializacją i powszechną dostępnością taniej, syntetycznej chemii. Aspiryna była szybsza od naparu z wierzby, a antybiotyk skuteczniejszy od czosnku i tymianku. Zielarstwo stało się synonimem zacofania. Mój fakultet na uniwersytecie był traktowany z przymrużeniem oka, a potem zamknięto nasze laboratorium, twierdząc, że jest nierentowne.

– A teraz? Wraca do łask? 

– Tak, ale w innej formie – odparła z przekonaniem. – Powrót zaczął się dużo wcześniej, bo wraz z ruchem „back to nature” w latach 60. i 70., ale prawdziwy renesans nastał, gdy nauka potwierdziła działanie wielu substancji aktywnych w roślinach. W Polsce zachłysnęliśmy się nowoczesnością, uważając fitoterapię za zabobon. Teraz to nie jest już babcine zielarstwo, lecz fitoterapia jako gałąź medycyny. Ludzie znów pragną leków z natury, ponieważ są często łagodniejsze i mają mniej skutków ubocznych. 

– A pandemia? Coś zmieniła? 

– Nagle wszyscy rzucili się na suplementy wzmacniające odporność, takie jak czarny bez, jeżówka, dzika róża, imbir, kurkuma, czosnek. W pewnym momencie brakowało ich w sklepach. Ludzie, przestraszeni, szukali poczucia kontroli nad swoim zdrowiem i znaleźli je w ziołach. To był powrót do korzeni, do samowystarczalności. Dla mnie, pomimo tragedii, to był ważny moment. Nauka szukała szczepionki, a ludzie równolegle, jakby na wszelki wypadek, sięgali po to, co znały ich prababcie. To pokazało, że ta wiedza nie zginęła, tylko czekała w uśpieniu, jak nasiona w ziemi, na odpowiedni moment, by wykiełkować na nowo. 

– Więc twoje laboratorium zostało zamknięte, a ty otworzyłaś je na nowo. Tutaj – odparł lekko żartobliwie, patrząc na jej dłonie, które przebierały zioła, by równolegle się suszyły. 

– Można to tak nazwać. Łąki i pola są najlepszym laboratorium świata, z nieprzerwanym dostępem do świeżej wody i nieskończonym zapasem surowca.

       Minęło kilka dni. Przepłynęli Toruń i zmierzali w kierunku Bydgoszczy, Chełmna i Grudziądza. Z każdym dniem, z każdym kilometrem Julia uśmiechała się coraz częściej, a strach w jej oczach zastąpiła czujność. Wieczorami czuć było już z oddali słonawy zapach Bałtyku. Któregoś dnia Julia powiedziała:

– W tych okolicach już wysiądę. Tu już będzie bezpiecznie. Zatrzymam się na jakiś czas u ciotki z Tczewa. Dziękuję ci za wszystko. Nie tylko uratowałeś mi życie, ale dzięki naszym rozmowom dałeś mi nadzieję. Można żyć naprawdę spokojnie, a ten spokój może być niezapomnianą przygodą.

Kosma w tym czasie siedział przy kociołku, gotując ostatnią wspólną kolację. Skinął głową w kierunku Julii, jakby wyrażając aprobatę. Dla niego ta podróż również była rodzajem lekcji. Przez lata pogrążył się w samotności, stroniąc od wpuszczenia do swojego świata kogoś bliskiego, z kim mógłby dzielić nie tylko posiłki i podróże, ale także wieczory, w które można porozmawiać o wszystkim i o niczym. 

       Tratwa przybiła do dzikiego brzegu niedaleko Tczewa. Julia zeszła na ląd w nowej bluzie, kupionej w ostatnim mieście, gdzie przybili do brzegu. Kosma podał jej owinięty konopnym sznurkiem duży bukiet suszonych ziół oraz kopertę z zapasem pieniędzy i swoim numerem telefonu. 

– Trzymaj się, Julka. I uważaj na siebie. 

– Ty też na siebie uważaj – odparła, ściskając jego dłoń. – Może kiedyś dopłyniesz na koniec świata?

– Daj tylko znać, co u ciebie.

– Nie zapomnę – odpowiedziała stanowczym głosem.

– Hmm…– Do zobaczenia. 

       Odwróciła się i poszła przed siebie, pewnym krokiem. Kosma obserwował ją, dopóki nie zniknęła za wałem. Przez chwilę jeszcze nie dawało mu spokoju, czy wszystko w porządku, więc wspiął się na wał i zobaczył, jak Julia przeskakuje przez biegnące wzdłuż wału tory i znika chwilę później w jednej z uliczek przedmieścia. Wrócił, odepchnął tratwę od brzegu, by popłynąć dalej sam, ale jakoś mniej samotny niż przedtem. Tratwa niosła już nie tylko drewno i marzenia historyka, ale także pamięć o niezwykłym spotkaniu, przypominając mu, że Wisła, tak jak historia, bywa nie tylko piękna, ale i zaskakująco niebezpieczna.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry