Grudzień 2025, Surpla, piątek, 5:00 rano.
Nowy dzień wdziera się przez okna chaty Klemensa Bara jak nieproszony gość, pokrywając wszystko szronem. Blady, niepewny, z nutą błękitu, która mimowolnie przypomina o lecie, którego nikt tu już nie pamięta.
Klemens, pięćdziesięcioletni mężczyzna o siwych skroniach i spokojnych oczach, wstaje jak co dzień o tej samej godzinie. Jego drewniana chata w Podlasiu to relikt czasów, gdy radio było jedynym łącznikiem ze światem. Po chwili w kuchni zaczyna unosić się zapach kawy, wymieszany z subtelnym aromatem starych winyli, które poprzedni właściciel zgromadził w imponującej ilości.
Obecnie poranna audycja to nie to samo, co przed laty. Jest jedynie krótkim wstępem do kolejnego dnia, pełniącym rolę tradycji. Klemens zaczyna dzień od krótkiego monologu o śnie lub cytatu, który zaprząta mu głowę, okraszonego muzyką adekwatną do tego, co gra w jego sercu, duszy i za oknem.
Dzisiejsza Surpla to miejsce, które walczy z duchem postępu. Słaby zasięg 5G miesza się z intensywnymi opadami śniegu, które odcinają ją od świata, budząc nie tylko wilki, ale i demony w ludzkich sercach i myślach. Klemens sprowadził się tu rok temu, po latach wędrowania za pracą w Europie, a ostatnio w rozgłośniach radiowych w Krakowie i Wrocławiu. Wrócił na rodzinne Podlasie, by przejąć „Głos z Krawędzi” po starym Wiktorze, który umarł kilka miesięcy wcześniej, słuchając Bacha na ganku. Dom był wystawiony na sprzedaż wraz z radiem i obietnicą kontynuacji tego, co zaczął Wiktor. Dla Klemensa był to dar od losu.
Miasteczko, z dużym i rozciągłym jeziorem Dejneka oraz otaczającymi je lasami, zimą staje się nieco odizolowane, kapryśne, pełne „cabin fever”, która w tym roku przyszła wcześnie. Klemens wie, że jego słowa, również te poranne, zaspane szepty w eterze, to nie tylko rozrywka, lecz także lekarstwo na stan za oknem.
Punktualnie o 6:00, nim słońce, jeśli w ogóle wyjdzie, dotknie szczytów drzew i odbije się od zamarzniętej Dejneki, Klemens włącza mikrofon. Studio to obszerny kąt w kuchni z półkami pełnymi płyt i nadajnikiem, który trzeszczy jak kości starca. Mikrofon znajduje się przy biurku ustawionym pod oknem, z którego rozciąga się widok na główną ulicę i taflę jeziora. Słuchacze? Zimą około stu stałych, wśród których są tutejsi emeryci, często przyjezdni z dużych miast i ze śląskich kopalni, ekolożka Lena, weteran Tom z PTSD, czy nastolatka Mila, która przesiaduje na Tik Toku, gdy tylko pojawia się zasięg, a gdy go nie ma, słucha radia. Latem dołączają turyści, którzy budzą się przy porannych audycjach i kończą dzień z drinkiem lub piwem w ręku, słuchając Klemensa i jego muzyki. Patrzą na żaglówki, kajakarzy leniwie sunących od brzegu do brzegu, na stada ptaków i zachodzące słońce, nierzadko pogrążeni w refleksji.
– Witam wszystkich w ten mroźny poranek. Tu wasz Klemens i „Głos z Krawędzi”, 570 na falach krótkich. Ludzkie radio dla ludzi i przez ludzi. Nie lekceważcie tego, co wam teraz powiem, moi przyjaciele. Jeśli muzyka jest drogą do serca, jak to ładnie powiedział Voltaire, to mowa jest drogą do ludzi. Żyjąc w milczeniu, żyjesz samotnie. Słuchajcie więc muzyki i rozmawiajcie z napotkanymi ludźmi.
Po tych słowach pokręcił gałką gramofonu.
– Dziś zaczniemy od Dylana – „The Times They Are A-Changin”. Niech jego głos rozlewa się po tych porannych falach i dotrze do chat, samochodów i samotnych myśli.
Gdy piosenka dobiegła końca, wybrzmiało:
– Wy, przecierający zaspane oczy, drepczący do kuchni za zapachem i smakiem porannej kawy. Wy, wszystkie poranne ptaszki, które skaczecie na jednej nodze, zakładając w pośpiechu spodnie, by uciec jak najszybciej z ciepłej kolebki lenistwa do codziennych obowiązków. Pamiętacie swój dzisiejszy sen? Pomyślcie, jak szybko potrafimy o nich zapominać. Zupełnie jakby ktoś wcisnął jakiś przycisk. Zostaje nam tylko westchnienie za tym, co w nim przeżyliśmy. Jung twierdził, że sny leżą u podstaw całego systemu dźwięków. Absolutnie się z nim zgadzam. Oczywiście, nie mamy żadnej możliwości sprawdzenia, czy Jung słuchał muzyki, pisząc swój esej na temat rodzajów snów, ale wiemy, że pochodził z Bawarii, tak jak „Sonata księżycowa”. Ale dziś nie będziemy tym witać nowego dnia. Posłuchamy za to trochę przekornie Anity Lipnickiej i jej „Księżycowej piosenki”. Starajmy się zapamiętywać swoje sny i w miarę możliwości zapisywać. Niech nie rozpływają się w porannej mgle, a żyją z nami dalej.
Gdy ta i kilka innych piosenek ustało, Klemens wziął kolejny łyk kawy, włączył mikrofon i rzekł:
– Zastała nas 7:00 rano, moi amigos i amigas. Tu wciąż Klemens, wasz przewodnik po porannym zmierzchu, choć dziś za sprawą Księżyca obudziliśmy się raczej w półmroku. Temperatura nie odpuszcza. Minus dwadzieścia dwa, wiatr z północy zapowiada kolejną śnieżycę, a słońce? Ach, to jest leniwy gość. Da nam może półtorej godziny blasku, zanim ukryje się za chmurami. Mamy też dwudziesty trzeci dzień bez prawdziwego horyzontu, który tak cenimy latem. Sezon „cabin fever” jeszcze chwilę potrwa. Pamiętajcie, ludzie, to czas, gdy cztery ściany zaczynają dusić duszę, a telefon w kieszeni kusi ucieczką w cyfrowy hałas. Posłuchajcie, nie ma drogi na skróty. Trzeba to przetrwać. Epiktet, ten stary stoik, mówił: „Nie żądaj, by rzeczy działy się tak, jak chcesz, ale życz sobie raczej, by działy się tak, jak się dzieją, a będziesz żył dobrze”. A Nietzsche ze swoim „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”? Ja wiem, że dziś, w tej pustce, to brzmi jak wyzwanie, a nie pociecha. Bo „cabin fever” to nie choroba, to rytuał. Wasze cztery ściany to wasza kuźnia: tam, w ciszy, konfrontujecie się z małym Darthem Vaderem w duszy, z żalem po miłościach, które odpłynęły jak zimowe kry w kierunku morza, z lękiem przed kurortem, który chce pochłonąć nasz las. Pamiętajcie, wyjdziecie z tego lepsi, ale nie sami, lecz z sąsiadami. Nie mijajcie się obojętnie, schowani w kapturach i szalach. Podnieście głowę i zaproście się do siebie. Podzielcie kawę z Leną, jabłecznik z Tomem, któremu opowiecie o wilkach, a Mili? Cóż, powiedzcie, że Tik Tok to iluzja, a radio to prawda. Kto jeszcze nie otworzył oczu, niech otwiera je szeroko. Rozruszajmy się przy Keane – „Everybody Changing”.
Po kilku minutach mikrofon po raz kolejny został włączony.
– Spójrzcie na nasze jezioro lśniące jak lustro, w którym można się przejrzeć. Spójrzcie na wilki, jak tańczą w oddali na granicy z lasem. Nie bądźmy jak one, nieufne, na granicy ucieczki. My, tu w Surpli, jesteśmy Syzyfami z mocną wolą i afirmujemy ten mrok, bo w nim rodzi się nasze „ja”. Schowajcie więc każdą broń, tę w słowach, w sercu i wytrzymajcie kolejny dzień. Poranna kawa czeka, jajecznica stygnie. Bon matin, przyjaciele, i spokojnego dnia. Słyszymy się wieczorem. A teraz Kanye West – „Heaven And Hell”. Czasy są dynamiczne, trudne, zmieniają się w mgnieniu oka, a my? My trwamy.
Piosenka wypełniła eter, a Klemens podparł brodę na rękach, spojrzał za okno, dopił kawę i przez chwilę pomyślał co u jego przyjaciół, którzy również rozpoczynali dzień. Audycja skończyła się tradycyjnie o ósmej, ale jej echo niosło się przez cały dzień.
Po dobrej godzinie Klemens wyszedł, jak co dzień na zewnątrz. Śnieg chrupał pod butami. Mróz nie przeszkadzał mu w żaden sposób. Zresztą wychodził codziennie, bez względu na aurę. Musiał odbębnić obiecane sobie i kardiolożce siedem tysięcy pięćset kroków. Czasem robił więcej. Nigdy mniej. Nie miał swoich ulubionych ścieżek. Kierował się spostrzeżeniami. Gdy coś przyciągało jego wzrok, szedł w tym kierunku, a od tego zaczynała się jego trasa.
Wracając z lasu, zaszedł do „Caffe Bajarka”, prowadzonej przez Kasię, która ponad dekadę temu uciekła z Poznania. Surpla to było miejsce, na którym postawiła na oślep palec na mapie. Zrezygnowała z kariery naukowej na rzecz bycia blisko ludzi, blisko natury i na swoich zasadach.
– Witaj Kasiu. Co dziś upiekłaś? – spytał Klemens od progu.
– Cześć Klemens. Nie ma już wyboru, bo został tylko placek drożdżowy ze śliwkami, które mroziłam na jesieni.
– Doskonale.
– Kawy nie chcesz?
– Zrób mi tylko mleko. Rozgrzeje się i poruszę wspomnienia z dzieciństwa.
Kasia zaśmiała się, znikając na zapleczu. Po kilku chwilach podeszła z kubkiem gorącego mleka i słusznym kawałkiem placka.
– Klemens, a pamiętasz o sobotnim spotkaniu z Tomkiem Juraszem? Obiecał, że tym razem opowie o swojej służbie w Afganistanie i na pograniczu afgańsko-pakistańskim?
– Tak, pamiętam. Dziś podam to dalej w trakcie wieczornej audycji.
– Lubię jego opowieści, ale mu nie zazdroszczę. Poświęcił zdrowie, stracił przez to rodzinę.
– Ale przynajmniej dobrze trafił. My teraz jesteśmy jego rodziną. Zresztą ja też to szanuję.
– Właśnie. W końcu i ja znalazłam w Surpli to, czego nie miałam w tamtym życiu.
– Kraina wyrzutków i uciekinierów? Jak kompres na obolałe ciało i duszę?
– I niech tak zostanie. Szkoda tylko, że chcą ten las wycinać.
– Nie wytną. Sprawa zrobiła się zbyt głośna. Pisałem do znajomych w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu. To już żyje innym życiem.
– Miejmy nadzieję, że nikt tego czapką nie przykryje.
– Powalczymy, Kasiu, powalczymy…
– Prawda! Pędzę szykować obiady, bo zaraz ludzie się zejdą. Już ta pora.
– A ja pójdę do domu. Coś poczytam i przygotuję się do audycji.
– Pa.
– Hej.
Wieczorna audycja „Głosu z Krawędzi” rozpoczęła się o 21:00 od delikatnego, melancholijnego wstępu instrumentalnego, w którym akustyczna gitara przechodziła w subtelny bluesowy riff.
– Dobry wieczór, kochani słuchacze. Witajcie w wieczornym wydaniu „Głosu z Krawędzi”. Tak jak obudziliśmy się z filiżanką kawy, tak w ten spokojny, wciąż mroźny wieczór usiądźmy w półmroku, z lampką wina, brandy lub herbaty, i pozwólmy sobie na wspomnienia, które lubią wracać wieczorami. Po południu, wracając ze spaceru, zaszedłem do Kasi na ciasto. Poruszyły się w nas wspomnienia o tym, jak tu trafiliśmy, o dawnych miłościach, utraconych, lecz niekoniecznie przeklętych, o ucieczkach przed miejscami pełnymi duchów przeszłości. Porozmawiajmy zatem dziś o tym, jak czas zmienia spojrzenie na związki. Posłuchamy muzyki, która, mam nadzieję, wywoła dreszcz, ale taki ciepły, nostalgiczny. Trochę bluesa, który pięknie boli. Trochę rocka, new romantic, które przypomną o marzeniach z lat 80. Dodam kilka fragmentów wierszy współczesnych polskich poetów, którzy patrzą na miłość bez patosu, nowym, czasem ironicznym okiem.
Zaczniemy od bluesa, który zawsze mnie rusza. B.B. King i jego „The Thrill Is Gone”, bo czasem ekscytacja odchodzi, ale zostaje coś głębszego, na przykład piękne wspomnienie.
Gdy po pięciu minutach ustaje wolny, smutny blues z charakterystycznym bendingiem gitary Lucille, Klemens zaczyna cichym, intymnym głosem.
– Wiecie, co jest najdziwniejsze w dawnych związkach? Że uciekamy przed miejscami, gdzie wszystko się zaczęło. Ta kawiarnia na rogu, ten park, ta piosenka w radiu. I nagle pakujemy walizki, zmieniamy miasto, jakby odległość mogła wymazać wspomnienia. Ale one wracają, niekoniecznie jako koszmary, lecz jako stare zdjęcia – wyblakłe, ale zazwyczaj pełne ciepła. Współczesny polski poeta, Igor Wirgo, w głównej mierze ironista, ale z sercem na wierzchu, publikuje wiersze o miłości w tomikach powstałych najczęściej po zawodach miłosnych. Jeden z takich tomików nosi tytuł „Drzewa zasłaniały las”. Posłuchajcie fragmentu jednego z utworów, w którym miłość jest codzienna, bez wielkich gestów, ale właśnie taka prawdziwa:
„Dla mnie dość,
że jesteś
że blisko
że mogę cię dotknąć
że mogę cię pocałować
że mogę cię objąć
że mogę z tobą spać
że mogę z tobą jeść
że mogę z tobą rozmawiać
że mogę z tobą milczeć
że mogę z tobą być.”
To w gruncie rzeczy już nietypowe spojrzenie na miłość. Nie jest jak burza, ale jako codzienne, spokojne bycie razem. Chyba wszyscy tego pragniemy, lecz nikt się do tego nie przyznaje. Czytaliście kiedyś komentarze w mediach społecznościowych pod postami z poezją o miłości? Większość wyraża pragnienie tego spokoju, stabilizacji, ale gdy patrzymy sobie w oczy, pytamy – a mieszkanie masz, kredyt, jaki samochód, gdzie jeździsz na wakacje, ile zarabiasz, nie udajesz, kim tak naprawdę jesteś… Udajemy kostki lodu, a w domowym zaciszu topniejemy od pragnienia bliskości. Schizofrenia emocjonalna. Posłuchajmy teraz Duran Duran i „Save a Prayer”. Te syntezatory, ten głos Simona Le Bona. Czyż nie przypominają nam o tych nocach, kiedy miłość wydawała się wieczna, a jutro nie istniało?
Wśród trwających jeszcze ostatnich dźwięków muzyki przebił się głos Klemensa.
– Miłość utracona, to temat, który może boleć, ale powinien też uwalniać. Czasem rozstanie jest jak zamknięcie rozdziału i pozwala zobaczyć, co było piękne. Nie zawsze kończy się tragedią; czasem po prostu drogi się rozchodzą, a wspomnienia zostają jak stare winylowe płyty – z rysami, ale grające dalej.
Przejdźmy do piosenki „Long Nights” Eddie’ego Veddera, która pochodzi z filmu „Into the Wild”, opartego na prawdziwej historii Christophera McCandlessa, który porzucił cywilizację i wyruszył w samotną podróż na Alaskę w poszukiwaniu sensu życia. Jego czyn był skrajny, wiem, ale skupmy się na muzyce. To, co usłyszymy, jest o samotności, introspekcji i osobistym rozwoju w trudnych chwilach. Tytułowe „długie noce” symbolizują okresy izolacji i ciemności emocjonalnej, kiedy człowiek konfrontuje się z samym sobą. Podmiot liryczny stara się podkreślić, że samotność nie jest czymś strasznym, a wręcz przeciwnie – pozwala stać się lepszym niż wcześniej. Kluczowe w tej piosence jest spadanie jako poczucie upadku i bezradności, ale jednocześnie bezpieczne lądowanie, co oznacza akceptację zmian, odrodzenie i odnalezienie wewnętrznego światła oraz siły do dalszego wzrostu. Znamy to skądś, prawda? Pamiętajcie, że nawet w najtrudniejszych, samotnych momentach można odnaleźć siebie na nowo, zaakceptować i wyjść silniejszym.
Kolejne dźwięki uwolnione tego wieczora milkną. Klemens bierze łyk whisky i kontynuuje.
– A teraz na dłuższą chwilę zatrzymamy się przy bardziej współczesnej poetyckiej twórczości. Pati Barvik jest jednym z ciekawszych głosów polskiej poezji XXI wieku. Jej utwory często dotykają miłości w sposób nietypowy. Jest to jedna z tych poetek, które nie owijają miłości w różowy papier. Pisze krótko, celnie, gdzie potrafi zaskoczyć i wyprostować jak zimny prysznic w upalny dzień. Ale pod ironią kryje się coś bardzo czułego, jakby ktoś, kto dużo przeszedł, wreszcie pozwolił sobie na szczerość bez ozdobników. Posłuchajcie tego fragmentu, a właściwie całego wiersza, bo u Barvik często jedno zdanie wystarcza, żeby przewrócić świat do góry nogami.
„Dzisiejsza miłość sprawia,
że cierpimy bardziej,
niż w pornografii.”
Po chwili ciszy, zakończonej głębokim westchnieniem, Klemens, trochę zadumany, jakby sam dopiero odkrywał sens tych słów, dodaje:
– Krótko, ostro, ale jak trafia w punkt dzisiejszych relacji, prawda? Miłość w czasach swipe’ów i wiadomości. Szybka, intensywna, ale też podatna na zranienie. To nowe spojrzenie, w którym nie idealizujemy, lecz patrzymy trzeźwo. Wiecie, co mnie w tym uderza najbardziej? Że to nie jest oskarżenie. To nie jest w stylu „miłość jest zła, bo boli”. To stwierdzenie faktu. Spokojne. Prawie naukowe. Pornografia pokazuje ciała, zbliżenia, jęki – wszystko wyreżyserowane, żeby dać i pokazać szybką przyjemność bez konsekwencji. Zero ryzyka. Zero prawdziwego dotyku. A miłość? Miłość wchodzi głębiej. Pod skórę. W pamięć. W przyszłość. Kiedy kochasz, to tak naprawdę wystawiasz się na ciosy, których pornografia nawet nie udaje. Wystawiasz się na to, że ktoś zobaczy cię całego: zmęczonego, złego, płaczącego nad głupim filmem. Wystawiasz się na noce, kiedy nie możesz spać, bo boisz się, że coś się skończy albo że już się skończyło. I tak, to prawda, cierpimy wtedy bardziej, bo stawka jest wyższa. Tu nie chodzi tylko o ciało – chodzi o to, kim się stajemy przy tej drugiej osobie. Ale wiecie co? Ja wolę ten ból, bo to znaczy, że było prawdziwe, że było to coś, co było warte ryzyka, warte tych wszystkich nocy, kiedy serce biło za głośno. Po takim cierpieniu pozostaje coś, czego żadne wideo nie odda, ani żadna przelotność, szybkie „tu i teraz, bo nie doniosę”. Zostaje pamięć dotyku, który był tylko dla ciebie. Głosu, który wymawiał twoje imię tak, jakby to było najważniejsze słowo na świecie. Spojrzenia, które dostrzegało cię naprawdę. I nawet jeśli ta miłość odeszła, to cierpienie, które po niej pozostało, jest dowodem, że potrafiłeś kochać całym sobą, a to jest coś, czego nikt ci nigdy nie odbierze.
Słychać, jak Klemens bierze głęboki oddech.
– Dziękuję ci, Pati, za te słowa. Za to, że pozwoliłaś nam poczuć, że ten ból to nie klątwa. To medal za odwagę bycia człowiekiem w świecie, który udaje, że wszystko da się załatwić bez zadrapań. Zatrzymajmy się na chwilę nad czymś lżejszym, ale wciąż nostalgicznym. Pink Floyd – „Wish You Were Here”.
Pięć minut później Klemens wraca ze swoim głosem słowami:
– Wybiła godzina 23:00, a my jeszcze chwilę spędzimy razem. Tomi, Kasiu, Samuelu, Milo i wszyscy inni zebrani, pamiętacie, ile razy chcieliście wymazać z pamięci wszystko, co za wami? Miejsce, gdzie się kochaliście, chodniki pełne wspomnień? Ale wiecie co? Czasem ucieczka to nie tchórzostwo, to sposób na nowe spojrzenie, w tym na miłość, która przychodzi później, o wiele dojrzalsza. Posłuchajmy wiersza Gabrysi Bogusławskiej, współczesnej poetki, która często pisze o stracie i pamięci, a jej liryka jest gęsta i emocjonalna:
„Po każdej wojnie
ktoś musi posprzątać…
Tak samo po miłości –
zostają zgliszcza,
które układamy w nowe obrazy.”
Spójrzcie w lustro, w szybę, w swoje odbicie w szklance herbaty lub piwa. Dostrzeżcie w sobie tę wewnętrzną małpę, tę część osobowości, która zna prawdę o was lepiej niż ktokolwiek inny. Może faktycznie „Nigdy tak nie było dobrze jak teraz”? A na falach krótkich „Głosu z Krawędzi” posłuchajmy Bajmu – „Małpa i ja”.
Gdy tylko ucichł głos Beaty Kozidrak, Klemens kontynuował swoją wieczorną opowieść.
– Kochani, zbliżamy się do końca podróży przez wspomnienia. Miłość, dawna, utracona czy nowa, zawsze nas zmienia. Nie uciekajmy przed nią całkowicie; pozwólmy jej wywoływać ten dreszcz, ten ciepły ból. Przed finałem zanurzmy się w nostalgiczny new romantic, w czystej postaci, gdzie wystarczą słowa pragnienia, nadziei i kilka akordów pianina. Depeche Mode – „Somebody”.
Muzyka ucichła, a Klemens, jakby zapomniał na chwilę, że prowadzi audycję. Cisza trwała kilka sekund.
– A teraz, po tych dzisiejszych muzycznych i poetyckich wstrząsach, wiecie co? To, co nas trapi, to cienie, które nie mogą istnieć bez światła, a światło istnieje, tylko trzeba się odwrócić w jego stronę i nie patrzeć na cień. Miłość, nawet ta utracona, nie znika. Ona się przemienia. Staje się ciepłym miejscem w środku, do którego wracamy, kiedy świat staje się zbyt głośny. Czasem wracamy tam sami, w nocy, z lampką wina i starą płytą. Czasem wracamy z kimś nowym i opowiadamy mu szeptem: „Posłuchaj, to było kiedyś moje i dzięki temu dziś potrafię kochać mocniej.”. Osobiście nie żałuję żadnej z tych ucieczek przed miastami, przed piosenkami, przed zapachami perfum na starych swetrach. Uciekałem, bo musiałem. Ale dziś już nie uciekam. Dziś siadam w ciemności i pozwalam, żeby te wspomnienia mnie dotknęły. I wiecie, one nie gryzą. One głaszczą, jak dłoń kogoś, kto kiedyś był całym światem, a dziś jest tylko delikatnym echem w sercu. Dobijając dziś do brzegu zanurzmy się na chwilę w liryce The Smiths – „How Soon Is Now?”
– Jeśli słuchasz mnie teraz słuchaczu drogi i coś w tobie drgnęło, jakaś stara melodia, jakieś imię, którego dawno nie wypowiedziałeś na głos, to nie odwracaj się od tego. Pozwól temu być. Bo te wszystkie dawne miłości nie zabrały nam nic na zawsze. One nas nauczyły, jak kochać lepiej, jak być lepszym dla kogoś, kto być może właśnie teraz śpi obok ciebie albo dla kogoś, kto dopiero nadejdzie.
Zapadła chwila ciszy.
– Dziękuję wam, że pozwoliliście mi dziś być z wami tak blisko. Niech w niedzielę, w wieczornym „Otwartym mikrofonie”, po raz kolejny rozbrzmieje echo waszych przemyśleń, westchnień, bolączek, tak, by poniedziałek zacząć z lżejszą i czystszą głową. Od 20:00 będę czekał przy telefonie na wasze cienie i światła. Przypominam również o jutrzejszym spotkaniu u Kasi, gdzie od 19:00 Tomi będzie opowiadał o swojej służbie na pograniczu afgańsko-pakistańskim. Nie zapomnijmy. Nim nastąpi właściwy koniec, nim wybrzmią nuty ostatniej piosenki, chciałbym podzielić się czymś osobistym, co mnie nurtuje. Cały wieczór gadałem o innych, o ogółach, a chciałbym uchylić coś od siebie. Moja największa miłość, paradoksalnie, skończyła się szybciej, niż się zaczęła. Nie potrafię przestać zapomnieć o Ines. Co ona takiego w sobie miała? Może ten uśmiech? Może to jak składała usta, gdy mówiła? Może sposób, w jaki zakładała nogę na nogę? Zarys jej kolana? Bezbronność jej szczupłego nadgarstka? Może blask jej włosów, mieniących się nie tylko w świetle, ale i półmroku? Może to, jak potrafiła napisać do mnie kilka słów? Zresztą, wszystko skończyło się kilkoma niepozornymi, nie zapowiadającymi pożegnania słowami. Jakże ulotne są rzeczy, które potrafią wzniecić ogień w ludzkim sercu, tak samo jak ten ogień mogą zgasić. Dziś, na samą myśl, uśmiecham się ze zrozumieniem, więc niech ta ostatnia piosenka w dzisiejszej audycji będzie dla ciebie, Ines. „Come se non fosse stato moi amore” – Laura Pausini.
Na sam koniec, gdy muzyka ucichła, Klemens dodał:
– Nim zaśniecie, moi drodzy, pomyślcie o kimś, kogo kiedyś kochaliście, i się uśmiechnijcie, bo ta osoba na to zasługuje, tak samo jak wy. Może ktoś właśnie uśmiecha się na myśl o was. Dobranoc, kochani.


