Pogranicze

       Słońce sączyło się przez gęstwinę liści, malując plamy światła na zakurzonej polnej drodze. Szymon szedł nią od kilku godzin, przemierzając zapadłe zakątki Podlasia. Mijał domy o pochylonych dachach, szeroko otwartych oknach, otoczone zdziczałymi roślinami, które niegdyś tworzyły sielskie, przydomowe ogródki. Wioski te, które czas zdawał się omijać szerokim łukiem, pachniały nie tylko kurzem wzniecanym przez jego kroki na suchej, piaszczystej drodze, ale także zapachem siana i gorzkiej, schnącej zieleni.

       W jednej z takich wiosek, ciągnącej się wzdłuż drogi jak prująca się nić, dostrzegł przy płocie staruszkę. Siedziała na zwykłej, drewnianej ławeczce, jakich mijał setki podczas swoich wędrówek po terenach wiejskich. W jej zgrabiałych od pracy dłoniach spoczywał gliniany kubek. Uśmiechnęła się do niego, a w jej zmarszczkach, jakby zatrzymał się cały zapadły świat.

– Spragnionyś? – zapytała głosem szorstkim jak kora starej wierzby. – Woda ze studni, zimna, czysta.

Szymon, istotnie spragniony, przyjął podarek z wdzięcznością. Woda była naprawdę przejmująco zimna i miała specyficzny, metaliczny posmak, jakby przefiltrowała się przez pokłady rdzy. Wypił wszystko i podziękował, a gdy odstawił kubek, świat nagle drgnął. Nie stało się to gwałtownie; po prostu kolory stały się intensywniejsze. Zieleń trawy zaplotła się w skomplikowane, żywe mandale, a drewno płotu zaczęło pulsować ciepłym, bursztynowym światłem. Staruszka patrzyła na niego, a jej oczy, wcześniej przygaszone, teraz lśniły jak mokry węgiel. Nie była już tylko staruszką. Była przewodniczką.

– Chodź – szepnęła, mimo iż jej usta się nie poruszyły. – Pokażę ci, skąd płynie uzdrawianie.

       Nagle Szymon nie stał już koło ławeczki. Unosił się lub może szedł, ale jego stopy nie dotykały ziemi. Otaczały go surowe, poorane życiem twarze kobiet o dłoniach uzdrawiających dotykiem, o szeptach, które były jak nici naprawiające rozdartą duszę.  Zobaczył rytuał, w którym młoda kobieta, owinięta w mokre prześcieradło, leżała na podłodze jakiejś chaty, a nad nią stała Szeptucha. Jej słowa, ciche, pełne gardłowych dźwięków, nie były modlitwą, lecz rodzajem rozkazu, wezwaniem skierowanym do niewidzialnych mocy. Szymon czuł, jak z leżącej kobiety wysysa się choroba; ciemna, lepka maź, która rozpływała się w powietrzu. Następnie przeniósł się nad brzeg rzeki, gdzie inna kobieta, trzymając bochen chleba, toczyła go po ciele zmarłego mężczyzny, „wyprowadzając” z niego grzechy i ciężar ziemskiego życia. Szymon słyszał szum wody, która miała zabrać ten ciężar. Czuł też wyraźnie gorzki smak palonych ziół, którymi okadzano pobliski dom, by wypłoszyć złe duchy.

       Kolejne „przeskoki” również nie były spokojnymi wizjami. Czasem pojawiał się cień, jakby dybuk czy nawia, duch zmarłego, który nie zaznał spokoju, błąkający się i żądny uwagi. Widział, jak Szeptucha stawała z nimi oko w oko, nie z bronią, ale z władczym słowem, zmuszając je do powrotu w zaświaty. Szymon czuł mroźny powiew tych spotkań, strach, który ścinał krew w żyłach, ale także nieugiętą siłę tych kobiet, które były mostem między tym światem a tamtym. Wszystko wirowało. Obrazy leczących się ran, dźwięki starosłowiańskich zaklęć mieszających się z prawosławnymi modlitwami, zapachy świec woskowych i suszonych ziół. Wszystko było częścią tego odwiecznego rytuału, tańca życia i śmierci, zdrowia i choroby, który trwał tu od stuleci, ukryty w lasach i małych wioskach.

       Wtem, Szymon, jakby potknął się, jakby ktoś go popchnął lub pociągnął… Znalazł się pod dużym domem, takim, jaki znał z rodzinnych stron. Zgromadzona przed nim spora grupa kobiet i mężczyzn powodowała gwar. Między tymi ludźmi biegała grupka dzieci w różnym wieku. Koloryt był niesamowity. Część ludzi była ubrana w stare, brudne, częściowo podarte, często cerowane ubrania. Inni stali w strojach kolorowych, ludowych, jakby odświętnych, a jeszcze inni w bardziej współczesnych, w garsonkach i marynarkach. Mężczyźni często nosili kapelusze i maciejówki, kobiety były w czepcach i chustach.

W pewnym momencie Szymon został zaczepiony przez kobietę, która podała mu kubek z wodą.

– Dobrze Szymonie, że jesteś z nami. Rozejrzyj się dookoła. Wszyscy ci, których widzisz, to twoja rodzina.

Kobieta złapała go za rękę i zaprowadziła na bok domu. Zabudowany był jakby podcieniem, pod którym znajdowały się okna, a pod nimi ustawiono drewniane ławki, na których stały gary. Okna były otwarte. W środku, w pośpiechu krzątało się kilka kobiet, a hałas był dość głośny. To była kuchnia, gdzie gotowano, a to, co było w garach na ławach pod oknami, było już gotowe. Zaczął się rozglądać, a gdy podniósł głowę, zobaczył w rogach podcienia, w tych zaciemnionych kątach, jakby ludzkie oczy splątane pajęczyną. Jedne miały w sobie cholerną złość, a z ich spojrzeń płynęło, jakby złorzeczenie. Inne były spokojne, ale pełne błagania.

– To, co tam przed domem i co tu w tych ciemnych zakamarkach, te wszystkie dusze, to twoja rodzina, twoi przodkowie. Od ciebie i twojego postępowania będzie zależało, gdzie się w tym domu znajdziesz.

Gdy wizja zaczęła blednąć, Szymon odwrócił się, a ostatnim obrazem, jaki widział, była twarz staruszki z ławeczki. Znalazł się z powrotem w miejscu, gdzie spotkał staruszkę. Jej dłonie dotykały jego skroni, a w oczach miała nieskończona mądrość i odrobinę smutku.

– Pamiętaj – szepnęła.

Otrząsnął się gwałtownie, łykając powietrze, jakby wynurzył się z głębin. Siedział na tej samej ławeczce. Słońce stało nieco niżej, ale w jego odczuciu nie minęło więcej niż kilkanaście minut.

– Dziękuję… – chciał powiedzieć, ale słowa utknęły mu w gardle.

Ławeczka była pusta. Obok niego nie było nikogo. Gliniany kubek stał na ziemi, suchy i pokryty pyłem. Odwrócił się, by spojrzeć na dom, przy którym siedział. Serce zabiło mu mocniej. Dom wyglądał na opuszczony od dawna. Dach zapadł się w jednym miejscu, okna były częściowo zabite deskami, a drewniane ściany pokrywała warstwa zielonego mchu. Płot, przy którym stała ławeczka, rozpadał się, a sama ławeczka była przechylona, z jedną nogą krótszą od drugiej. Szymon wstał, czując dziwną próżnię w żołądku. Podszedł do rozpadającej się furtki i zobaczył na niej krzywo przybitą gwoździem małą, spróchniałą tabliczkę. Z trudem odczytał wyblakły napis, wydrapany niegdyś ręcznie:

„Tu żyła i pomagała Marusia Hryhoruk. Szeptucha. 1898-1985. Niech spoczywa w pokoju.”.

Przetarł oczy, patrząc na opustoszały dom, na zakurzone okno, za którym nic już nie było. Kubek stał obok jako jedyny, namacalny dowód spotkania. A może tylko… sugestii? Wciąż czuł ten sam metaliczny posmak wody. Posmak czegoś, co było poza czasem, poza rozumem.

       Odwrócił się i powoli ruszył w dalszą drogę, opuszczając wioskę, która z pewnością trzymała w sobie od zawsze więcej duchów niż żywych ludzi. Jego zwykły świat już nigdy nie miał być taki sam. Wiedział, że na Podlasiu drogi prowadzą nie tylko przez lasy i pola, ale także przez cienką granicę oddzielającą naszą rzeczywistość od świata szeptów, cieni i uzdrawiających dłoni, które nigdy nie odchodzą w całkowite zapomnienie.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry