Dziwny przypadek Piotra Stiepanowicza Wierchowa

Piotr Stiepanowicz Wierchow, trzydziestokilkuletni korektor w podupadłym wydawnictwie, od trzech tygodni prowadził korespondencję z kobietą, która podpisywała się „Małgorzata D.”. Rozmowa zaczęła się niewinnie od wspólnego zachwytu nad Bułhakowem, lecz szybko skręciła w rejony, które budziły w nim zarówno dreszcz ekscytacji, jak i niejasny lęk. Pisała o „spotkaniu bez masek”, o „prawdziwej twarzy miasta”, o tym, że „piątkowe wieczory w Petersburgu należą do tych, którzy nie boją się spojrzeć w otchłań”. W trakcie kolejnych wymian wiadomości pojawiła się propozycja spotkania, w której Małgorzata wskazała konkretną datę, a Piotr ją zaakceptował.

       W piątek, dokładnie o zmierzchu, nakarmił swojego czarnego, tłustego kota Mefisto, po czym wyszedł. Tramwaj linii 9 wlókł się przez miasto, mijając kolejne latarnie, które gasły jedna po drugiej, jakby ktoś wyłączał je ręcznie. Wysiadł na przystanku przy Dekabrystów, przeszedł mostek nad rzeczką Fontanką, skręcił w Kazańską, a gdy tylko minął dom Raskolnikowa, skręcił w lewo, w ciemne podwórko. Na ulicy unosił się intensywny zapach chleba i palonego drewna.

    Kamienica numer 66 była dokładnie taka, jak ją opisała: „secesyjna fasada popękana jak skóra po trądzie. Okna częściowo puste, pozbawione firan, z których tylko jedne – na trzecim piętrze – jarzyły się słabym, czerwono-pomarańczowym migającym światłem”. Drzwi wejściowe do oficyny stały otworem, jakby na niego czekały. Wszedł. Klatka schodowa cuchnęła stęchlizną i czymś słodkawym, jakby ktoś palił kadzidło z gnijących lilii. Schody skrzypiały pod każdym krokiem, lecz dźwięk był opóźniony, a echo biegło za nim z piętra niżej. Na trzecim piętrze drzwi do mieszkania 6 były minimalnie uchylone. Zapukał. Nic. Pchnął je lekko, a te otworzyły się same bezszelestnie. W środku panował półmrok. Tylko kilka świec na stole rzucało drgające cienie po ścianach pokrytych tapetą w ptaki o ludzkich twarzach.

– Wejdź, Piotrze Stiepanowiczu – rozległ się kobiecy aksamitny głos, wypowiedziany przez kogoś, kto dawno zapomniał, czym jest ludzkie gardło.

Zrobił krok. Drzwi zatrzasnęły się za nim z hukiem, który zabrzmiał jak wyrok. Coś miękkiego, ciepłego i szybkiego przemknęło mu między nogami i zniknęło w czeluści korytarza.

– Behemot… – wyszeptał ten sam kobiecy głos, który go przywitał.

Z mroku wyłoniła się ona. Wysoka, w czarnej sukni z epoki, lecz na bosaka. Twarz miała bladą jak papier, a oczy ogromne, czarne, bez dna. Uśmiechała się, lecz uśmiech nie obejmował oczu.

– Spóźniłeś się pięć minut – powiedziała, jakby to była najcięższa zbrodnia. – Woland nie lubi czekać.

– Woland? – powtórzył, głupio zdziwiony.

Kobieta podeszła bliżej. Pachniała starym kościołem i czymś, co w pierwszym momencie przyniosło na myśl ćmę.

– Mój pan… – szepnęła – Mistrz czeka w salonie. Ale najpierw musisz się rozebrać z tego, co nosisz od lat. Z udawania.

Rozejrzał się. Na ścianach wisiały portrety mężczyzn i kobiet o oczach wypalonych kwasem. Na komodzie leżała gruba książka oprawiona w skórę. Otwarta była na stronie z ilustracją, gdzie nagie postaci tańczyły w kręgu wokół czarnego kota z ludzką twarzą.

– To nie jest randka, prawda? – zapytał.

Małgorzata roześmiała się, a dźwięk ten był piękny i straszny zarazem.

– Oczywiście, że jest, tylko inna niż myślisz. Tu nie szukamy miłości, Piotrze Stiepanowiczu. Szukamy prawdy i musisz wiedzieć, że prawda zawsze boli.

Z kąta dobiegł niski, gardłowy głos, jakby ktoś mówił z pełnymi ustami.

– I zawsze jest głodna.

Z cienia wyszedł wysoki mężczyzna w czarnym połyskującym szlafroku, z czarnym fularem zawiązanym pod szyją oraz twarzą pooraną, jakby szponami. Oczy miał żółte, zwierzęce. W dłoni trzymał kieliszek z czymś bursztynowym.

– Woland – przedstawiła go Małgorzata z ukłonem.

– Albo Azrael, albo po prostu Diabeł – uzupełnił przybysz, kłaniając się teatralnie, po czym dodał – Wieczór dobry, obywatelu korektorze. Słyszeliśmy, że poprawiasz cudze błędy. Dziś poprawimy twoje.

Piotr cofnął się o krok. Plecami napotkał zamknięte na głucho drzwi.

– Ja tylko chciałem… – zaczął.

– Wiemy – przerwała Małgorzata łagodnie – Wszyscy tylko chcą, a potem już nie mogą przestać.

Woland podszedł bliżej. Jego oddech był mieszaniną koniaku i czegoś gryzącego oraz mdłego jednocześnie.

– Masz wybór – powiedział – Możesz wyjść teraz. Drzwi się otworzą, a ty wrócisz do tramwaju, do kota, do swojego małego, bezpiecznego życia albo zostaniesz i zobaczysz, czym naprawdę jest Petersburg w piątkowy wieczór, gdy księżyc jest w pełni, a miasto otwiera swoje prawdziwe usta.

Z kąta pokoju dobiegło miauknięcie. Na parapecie siedział i lizał łapę identyczny kot, jak ten, którego zostawił w domu. Teraz miał, jakby siedem oczu, wszystkie skierowane w różne strony, a każde z nich patrzyło w inną epokę.

– Ph’ngui mglw’nafh Cthulhu R’lyech wgach’nagl fhtagn – zamruczał leniwie.

Po chwili tapeta na ścianach zaczęła się poruszać. Ptaki z ludzkimi twarzami ożyły, a ich dzioby otwierały się i zamykały w bezgłośnym krzyku. Z sufitu spłynęło coś, co początkowo wziął za pajęczynę. Były to niemożliwe kąty, które nie powinny istnieć w euklidesowej przestrzeni, a jednak wiły się leniwie w powietrzu, jak dym. Piotr poczuł, że jego wspomnienia zaczynają odpływać. Najpierw te najmłodsze jak smak kawy z rana, potem dalsze, jak imię matki, aż w końcu został tylko czysty, pierwotny strach, ten sam, który czuli pierwsi ludzie, gdy spojrzeli w niebo i zrozumieli, że nie są sami, nigdy nie byli i nigdy nie będą.

Małgorzata podeszła tak blisko, że zobaczył w jej źrenicach odbicie własnego szaleństwa.

– Wiesz, co jest najgorsze? – szepnęła – Że kiedy już raz zobaczysz, nie możesz przestać widzieć. Będziesz wracał tramwajem do domu, a w szybie zobaczysz nie odbicie Petersburga, tylko bezkresne otchłanie między gwiazdami. Będziesz kładł się spać, a twoje sny będą należały do Yog-Sothotha i będziesz wiedział na zawsze, że cały ten świat to tylko sen ślepego, głuchego boga, który jeśli kiedyś się obudzi…

Nie dokończyła. Nie musiała.

       Woland rozłożył ręce. W jego dłoniach pojawiła się absolutnie czarna kula pochłaniająca światło. W środku coś się poruszało. Coś ogromnego, coś, co nie miało kształtu, bo żaden kształt nie mógłby go pomieścić.

– Ostatnia szansa, korektorze – powiedział łagodnie – Wróć do swojego małego, płaskiego świata. Zapomnij, albo wejdź głębiej. Stań się jednym z tych, którzy wiedzą.

Piotr spojrzał na kulę. W jej powierzchni zobaczył siebie, ale nie takiego, jakiego znał. Zobaczył siebie z tysiącem oczu, z mackami zamiast rąk, unoszącego się w przestrzeni, gdzie czas biegnie wstecz, a gwiazdy krzyczą imionami zmarłych bogów, i uśmiechnął się trochę szaleńczo, jakby był odrobinę niezrównoważony.

– Pokażcie mi – powiedział, zaskoczony własnym głosem.

       Wtem sufit mieszkania pękł, jak jajko, odsłaniając nie niebo Petersburga, lecz bezkresną pulsującą otchłań, w której pływały rzeczy, dla których ludzki język nie wymyślił jeszcze nazw.

– Doskonale. W takim razie zaczynamy bal.

W tym momencie wszystkie świece zgasły jednocześnie. W ciemności rozległ się śmiech setek głosów, jakby całe miasto śmiało się naraz. Coś dotknęło jego policzka, jakby zimne, wilgotne palce.

– Nie bój się – szepnęła Małgorzata tuż przy jego uchu – Jeszcze nie teraz.

Nagle zapadła cisza tak głęboka, że słyszał bicie własnego serca i coś jeszcze: drugie serce, ogromne, stare bijące gdzieś pod podłogą kamienicy, pod Petersburgiem, pod całym światem.

Światło wróciło, lecz nie było to dokładnie światło. Z sufitu, zamiast żyrandola, zwisało coś przypominającego odwróconą pulsującą gwiazdę neutrinową; czarną dziurę w kształcie serca, która nie tyle świeciła, ile wysysała mrok z kątów i wypuszczała go w postaci bladego, trupiego blasku. Podłoga przestała być podłogą, a pod stopami Piotra rozciągała się tafla czarnego szkła, pod którą pływały ciała tych, którzy kiedyś weszli do tej kamienicy i nigdy nie wyszli. Ich oczy były otwarte, patrzyły w górę i mrugały w niezrozumiały sposób.

       Muzyka zaczęła grać sama. Nie było orkiestry. Było tylko bicie rytmów, niskie, kosmiczne, jakby ktoś uderzał w membranę rzeczywistości młotem wielkości galaktyki. Do tego dołączyły piszczałki z kości, flety z ludzkich piszczeli i bębny, w których membraną były twarze. 

       Goście już czekali. Nie weszli drzwiami. Po prostu byli. Setki, tysiące postaci w maskach z ludzkiej skóry, w smokingach uszytych z cieni, w sukniach balowych tkanych z koszmarów. Niektórzy mieli zbyt wiele rąk, inni zbyt mało twarzy. Jedna z kobiet miała zamiast głowy akwarium, w którym pływał miniaturowy Petersburg, ten prawdziwy z tramwajami i ludźmi, którzy właśnie w tej chwili, o 22:47 szli spać, nie wiedząc, że są obserwowani.

Małgorzata wzięła Piotra pod ramię. Jej dłoń była zimna jak przestrzeń międzygwiezdna.

– Chodź – powiedziała – Przedstawię cię.

Pierwszy podszedł Korowiow. Wysoki, w okularach z jednym pękniętym szkłem. Za szkłem nie było oka, tylko wirująca czarna dziura.

– Fagot-Korowiow – przedstawiła Małgorzata – Kpiarz i cynik pełniący rolę mistrza ceremonii, a także specjalista od tłumaczeń. Przetłumaczył kiedyś „Necronomicon” na rosyjski. Wydawnictwo odmówiło druku, więc wydrukował ich samych. Dosłownie.

Korowiow ukłonił się tak nisko, że jego głowa odpadła i potoczyła po parkiecie. Nikt się tym nie przejął, a głowa dalej mówiła, śmiejąc się.

– Dzień dobry, panie korektorze. Ma pan błąd w duszy. Literówka w wieczności. Pozwoli pan, że poprawię?

Z jego ust wysunął się długi, czarny język i napisał w powietrzu, jakby starożytny znak, którego kształt bolał w oczy. Piotr poczuł, jak coś w nim pęka. Jakby ktoś przekręcił stronę w książce jego życia i nagle zrozumiał, że wszystkie poprzednie rozdziały były napisane krwią.

       Potem podeszła Hella – ruda, niska, szczupła i naga, z ogonem niczym u skorpiona, lecz zakończonym okiem, które mrugało zalotnie.

– Zatańczysz? – syknęła mu prosto do mózgu, omijając całkowicie uszy.

Bez czekania na odpowiedź Hella chwyciła go nie za rękę, a za kręgosłup. Jej długie palce, zakończone czerwonymi paznokciami ostrymi jak skalpele, wbiły się w jego skórę, przebiły ją aż do mięśni, chwytając sam rdzeń kręgowy jak lejce. Piotr poczuł, jak jego ciało przestaje być jego. Stało się marionetką, której sznurki trzyma coś, co kiedyś było kobietą, a teraz było jedynie pożądaniem w czystej, kosmicznej formie. Taniec rozpoczął się powoli. Nie był to typowy walc, lecz walc w czterech wymiarach jednocześnie. Gdy obracał się z Hellą, widział siebie z tyłu, z boku, z góry i z wnętrza własnej czaszki. Dostrzegał także inne wersje siebie: jedną, która wyszła z kamienicy pięć minut wcześniej i teraz siedziała w tramwaju, czytając gazetę; drugą, która nigdy nie odpisała na wiadomość Małgorzaty i właśnie umarła na zawał w samotności; trzecią, która była tu od wieków i miała już macki zamiast nóg.

– Wolniej…! – wydobył z siebie głos, ale brzmiał jakby wyszedł z jej ust.

Przyspieszyli. Teraz wirowali już nie w mieszkaniu, nie w kamienicy, nie w Petersburgu. Wirowali w przestrzeni między gwiazdami, gdzie nie ma góra-dół, gdzie czas jest pętlą, a każdy obrót to kolejna śmierć i kolejne narodziny. Hella rozwarła się. Jej brzuch otworzył się jak wrota, odsłaniając wnętrze pełne wirujących, płonących księżyców i macek z ludzkich twarzy. Wciągnęła go tam. Najpierw głowę. Czuł, jak jego czaszka pęka od środka, a mózg rozlewa się po jej wnętrznościach jak żółtko z rozbitego jajka. Oczy mu wyskoczyły i poleciały w różne strony. Jedno wpadło do czarnej dziury, drugie zostało połknięte przez coś, co miało wiele zębów i mało litości. Jego ręce nie były już rękoma, lecz długimi, białymi mackami, które oplotły Hellę w odpowiedzi. Przeniknęły ją na wylot. Wyszły z jej pleców, z jej oczu, z jej ust. Stali się jednym, splątanym organizmem, krzyczącym w tysiącu języków naraz, z których żaden nie był ludzki. Hella, niezależnie od wszystkiego, tańczyła dalej. Sama ze sobą. W sobie. Przez niego.

       Gdy Woland wszedł na środek sali, unosząc się kilka centymetrów nad ziemią, wszystko, jakby zwolniło rytm, jednak wciąż pozostawało w dziwnym ruchu. W dłoniach trzymał laskę zakończoną kulą przypominającą Ziemię, na której powierzchni pełzały kontynenty z żywego mięsa.

– Szanowni państwo! – zawołał głosem, który brzmiał jak koniec wszechświata. – Dziś mamy gościa! Piotra Stiepanowicza Wierchowa, który chciał randki! Dajmy mu, więc randkę wieczną!

Tłum zawył z zachwytu. Z sufitu zaczęły spadać gwiazdy – małe, czarne palące dziury w rzeczywistości. Każda, która dotknęła parkietu, otwierała wylot do innego koszmaru: tu R’lyech, tam Carcosa, czy płonące Leng.

       Małgorzata przytuliła się do Piotra, który nie siedział, nie leżał ani nie tańczył. Jej usta były tuż przy jego uchu.

– Patrz – szepnęła. – To jest bal Wielkich Przedwiecznych. Odbywa się co pełnię, od początku czasu. Jesteś tu, bo cię wybraliśmy, bo w tobie jest pęknięcie, mała rysa w rozsądku, przez którą można wsunąć wszystko, co będziemy chcieli.

Piotr spojrzał w dół. Pod czarnym szkłem podłogi jego własne ciało już się zmieniało. Skóra pękała, odsłaniając coś wilgotnego, gwiezdnego, pełnego oczu.

– Nie boję się – powiedział stanowczo. 

Było to kłamstwo, ale najpiękniejsze kłamstwo, jakie kiedykolwiek wypowiedział człowiek.

    Woland klasnął w dłonie. Muzyka ucichła. W absolutnej ciszy rozległ się tylko jeden dźwięk – bicie serca Azathotha, ślepego Idioty-Boga w centrum wszystkiego.

– A teraz – powiedział Woland, uśmiechając się tak szeroko, że jego twarz pękła na pół – kulminacja!

Z czarnej kuli w jego lasce wysunęła się nieskończenie długa macka, pokryta szkarłatnymi przyssawkami w formie gwiazd. Owinęła się wokół Piotra delikatnie jak kochanka.

– Witaj w domu – powiedziała kula głosem wszystkich zmarłych naraz.

I wtedy Piotr zrozumiał, że nie było żadnego miasta, nie było Petersburga, tramwajów, żadnego kota Mefisto, czy Behemota, ani nawet żadnego korektora w podupadłym wydawnictwie. Był tylko bal i tańczył w nim już nie Piotr Stiepanowicz, lecz coś, co kiedyś nim było, a teraz miało zbyt wiele imion, by jakiekolwiek z nich wymówić.

       Gdy bal osiągnął punkt, w którym czas przestał mieć znaczenie, gdy gwiazdy na suficie nieprzerwanie krwawiły, Małgorzata odłączyła się od reszty. Ona jedna nie tańczyła już z nikim. Stała pośrodku sali, boso na czarnej tafli, w której odbijało się nie jej ciało, lecz Petersburg odwrócony do góry nogami. Było to miasto wiszące nad nią jak trup nad trumną. Suknia, którą Małgorzata miała na sobie, przestała być suknią. Stała się żywą skórą, oddychającą, pokrytą tysiącem sutków i oczu, które wszystkie patrzyły na Piotra.

– Chodź tu – powiedziała bez poruszania ustami. 

Głos rozległ się w jego kościach, w zębach, w płynie mózgowo-rdzeniowym. Nie szedł. Był ciągnięty. Coś niewidzialnego chwyciło go za wnętrzności i pociągnęło naprzód, aż klęknął przed nią, a twarz miał na wysokości jej brzucha. Małgorzata pochyliła się. Jej czarne nieskończenie długie włosy opadły jak kurtyna z żywych węży. Każdy kosmyk miał własne oczy i własne usta, które szeptały po kolei wszystkie jego grzechy, wszystkie kłamstwa, wszystkie razy, gdy w nocy wyobrażał sobie obcą kobietę.

– Wiesz, kim naprawdę jestem? – zapytała, muskając palcem jego policzek, tak, że paznokieć zostawił ślad, nie jak zadrapanie, lecz szczelinę.

– Jesteś Małgorzata – wyszeptał, choć wiedział, że to nieprawda.

Roześmiała się, a dźwięk był taki, jakby ktoś rozrywał niebo zębami.

– Nie, kochanie! Jestem tym, co zostaje, gdy kobieta przestaje udawać. Jestem Lilith. Jestem Shub-Niggurath w ludzkiej skórze, czarną kozą z tysiącem młodych, a ty właśnie zostałeś wybrany na ojca.

Jej brzuch otworzył się powoli jak kwiat z mięsa. W środku nie było organów. Było to wilgotne, pulsujące, pełne małych, białych, ślepo widzących istot, które już wyciągały ku niemu rączki i piszczały jego imieniem w językach, które wymarły przed powstaniem Ziemi.

– Pocałuj mnie – powiedziała.

Nie mógł się ruszyć, ale też nie musiał. Jej brzuch pochylił się nad nim i pocałował go pierwszy. Jego twarz została wessana do środka – nos, usta, oczy – wszystko zniknęło w ciepłej, lepkiej ciemności. Czuł, jak małe istoty wchodzą mu we wszystkie otwory, jak gryzą, jak ssą, jak składają w nim jaja. Małgorzata usiadła na nim okrakiem, choć to już nie było „na nim”, bo jego ciało rozpływało się w niej jak cukier w gorącej kawie. Jej biodra zaczęły poruszać się rytmicznie, ale to nie był seks. Z każdym ruchem wlewało się w niego więcej oczu, więcej ust, więcej kończyn. Czuł, jak jego penis wydłuża się w nieskończoność, jak przebija jej ciało na wylot, jak oplata cały bal, całą kamienicę, cały Petersburg.

– Powiedz, że mnie kochasz – wyszeptała, gryząc go bezpośrednio w mózg.

– Kocham cię – powiedział. 

I było to prawdą. Absolutną, straszliwą prawdą. Wtedy nastąpiło poczęcie. Coś ogromnego, czarno-słonecznego zstąpiło z sufitu i wlało się w nich oboje naraz. Czuł, jak jego jądra pękają od środka, jak nasienie wlewa się w nią strumieniami. Jej macica była otchłanią. Jej łono było R’lyech, a to, co w niej rosło, z sekundy na sekundę rozrastało się wykładniczo.

       Gdy skończyli, choć „skończyć” nie było tu możliwym słowem, Małgorzata odsunęła się. Z jej brzucha wysunęło się coś nowego. Coś, co miało jego twarz, ale jej czarne i bez dna oczy.

– Oto nasze dziecko – powiedziała czule, głaszcząc istotę po policzku – Będzie nas więcej.

Potem pocałowała go, po czym jej usta rozwarły się na szerokość wszechświata i połknęły resztkę tego, co kiedyś było Piotrem Stiepanowiczem. W środku było ciepło. Było domowo. Było wiecznie. I w tej wiecznej ciemności słyszał tylko jedno – jej głos, nieprzerwanie szepczący:

– Dziękuję, że odpisałeś na wiadomość.

       Będąc w niej, jak w brzuchu wieloryba, Piotr dostrzegł okno, mimo że w rzeczywistości go tam nie było. Zamiast tego, przed nim rozciągała się gładka, czarna ściana. Wytężył wzrok i nagle ujrzał okno. Małe, prostokątne, z drewnianą ramą, takie jak w jego mieszkaniu. Za szybą nie było nocy ani kamienicy, lecz zwykły, szary poranek w Petersburgu, z mgłą i tramwajem dzwoniącym gdzieś daleko na dole. W oknie pojawiła się dłoń. Nie emanowała światłem, lecz była po prostu jasna, jakby stworzona z czystego, dziennego blasku. Palce miała lekko rozczapierzone, jakby czekała, aż ktoś z nią splecie swoje. W Piotrze coś drgnęło, jakby resztki, okruch czy nawet pyłek tego, kim był przed wiadomością „Hej, co robisz w piątek?”.

Wyciągnął swoją nową, wieloramienną łapę, pełną oczu i zębów, i chwycił tę dłoń. Dotyk był jak uderzenie pioruna w serce. W chwili, gdy palce Piotra zamknęły się na jasnej dłoni, czas w mieszkaniu numer 6 przestał istnieć. Najpierw przyszło światło. Niedelikatne, niełagodne. To było światło chirurgiczne, białe, bezlitosne, takie, jakim świeci się w salach operacyjnych, gdy lekarz otwiera człowieka i widzi wszystko naraz. Wpadło w niego przez oczy, przez usta, przez pory skóry, przez każdą dziurę, którą zostawiły w nim macki i zęby balu. I zaczęło wypalać. 

       Pierwsze było ciało. Macka, która jeszcze chwilę temu była jego prawą ręką, zaczęła się skręcać jak spalona folia. Każda przyssawka pękała z trzaskiem, wydzielając czarny dym, który wył ludzkimi głosami. Skóra pękała wzdłuż linii, gdzie kiedyś miał żyły. Pękała i odpadała płatami, odsłaniając pod spodem nie mięso, lecz coś czystego, nowego, jakby ktoś właśnie teraz tworzył go od zera. Kości trzeszczały, prostowały się, wracały na swoje miejsce z dźwiękiem łamanych patyków. Kręgosłup, wygięty nienaturalnie, prostował się z hukiem, tak, że każdy kręg wracał na miejsce jak nabój w magazynku.

       Potem przyszła kolej na wnętrzności. Czuł, jak coś wyciąga mu z brzucha galaktykę, którą nosił w sobie po kopulacji z Małgorzatą. Wyciągało powoli, centymetr po centymetrze. Czuł każdy milimetr, jakby ktoś wyciągał mu kiszki, tyle że kiszki były zrobione z nocy i grzechu. Gdy ostatnie pasmo czarnej materii opuściło jego ciało, upadł na kolana i zwymiotował całym kosmosem, który w siebie wpuścił. Czarny, gęsty płyn rozlał się po podłodze i zaczął się palić białym ogniem.

       Następnie dusza. Tu było najgorzej. Światło wlało się w jego wspomnienia i zaczęło je przewijać, jednak nie jak film, ale jakby ktoś przewracał strony książki i jednocześnie podpalał każdą z nich. Zobaczył siebie jako dziecko, gdy po raz pierwszy skłamał matce. Zobaczył siebie jako nastolatka, gdy po raz pierwszy nienawidził kolegi tak mocno, że życzył mu śmierci. Zobaczył siebie jako dorosłego, gdy przechodził obok bezdomnego i udawał, że go nie widzi. Zobaczył siebie w łóżku z kobietami, których imion nie pamiętał rano. Zobaczył siebie przed ekranem komputera, w te wszystkie noce, gdy wybierał samotność i truciznę pornografii zamiast życia. Za każdym razem, gdy to widział, czuł fizyczny ból, jakby ktoś wbijał mu rozżarzony gwóźdź w serce z każdym, nawet najmniejszym grzechem.

– Przepraszam – bezsilnie szeptał – Przepraszam, przepraszam, przepraszam…

Po każdym „przepraszam” coś w nim pękało i zaraz zrastało się na nowo, jakby czystsze, mocniejsze.

       Goście na balu wyli. Małgorzata rzuciła się na niego z pazurami, ale jej ręce rozpłynęły się w powietrzu, nim go dotknęły. Woland próbował rzucić przekleństwo, ale słowa zamieniały mu się w ustach, w proch. Hella wyła jak suka, której odebrano szczenięta. Korowiow próbował uciec, ale ściany mieszkania stały się lustrami, w których widział tylko siebie – prawdziwego, małego, żałosnego człowieczka.

– Nie możesz! – krzyczała Małgorzata głosem, który już nie był ekscytujący, lecz pełen nienawiści – Oddałeś się nam! Całkowicie!

– Niecałkowicie – odpowiedział spokojnie Piotr, a jego głos brzmiał jak głos kogoś, kto właśnie wyszedł z piekła i zostawił za sobą drzwi.

Ostatnie, co usłyszał z balu, to słowa Małgorzaty, już nie uwodzicielskie, lecz pełne nienawiści i żalu.

– Jeszcze wrócisz. Wszyscy wracają.

A potem cisza.

       Otworzył oczy. Leżał w swoim łóżku. Zerknął na zegarek. Była sobota, 21 listopada 2025, godzina 7:00. Za oknem szare, zwykłe petersburskie niebo. Kot spał na kuchennym stole, zwinięty tak, że wyglądał jak czarny bochen. Obok leżał cylinder. Czarny, idealnie czysty, z lekkim połyskiem. Takiego nie miał nigdy w życiu. Szybko usiadł, zdenerwowany. Wstał i podszedł do stołu. Kot otworzył jedno oko, złote z pionową źrenicą, i spojrzał na niego z czymś, co mogło być rozczarowaniem. Piotr zastygł i przebiegł po nim zimny dreszcz, bo już sam nie wiedział, czy ma przed sobą Mefisto, czy Behemota.

– Nie udało ci się, prawda? – powiedział ostrożnie.

Kot ziewnął, ukazując kły ostre jak igły, po czym znów zasnął. Cylinder wciąż stał na stole. Gdy wziął go do ręki, dostrzegł, że w środku znajduje się karteczka. Zwykła, biała, z odręcznym pismem:

„Hej, co robisz w kolejny piątek o pełni księżyca? M.”.

Piotr podszedł do okna. Na szybie, od zewnątrz, pozostał odcisk dłoni – jasny, ciepły, już blaknący. Dotknął go palcami.

– Dziękuję – szepnął.

       Za oknem przejechał tramwaj linii 9, zwykły, pełen zwykłych ludzi. Piotr uśmiechnął się z ludzką szczerością, szczęściem i ulgą. W głębi duszy jednak wiedział, że cylinder jest w jego rozmiarze, a kot mruczy w językach, których nie powinno się rozumieć. Wiedział też, że w kolejny piątek wieczorem, gdy tylko księżyc osiągnie pełnię, drzwi do mieszkania Małgorzaty znów się otworzą, ale tym razem on będzie potrafił odmówić.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry