Restauracja „Astoria Seafood” tego dnia emanowała zapachem pieczonego czosnku i desperacją pracowników korporacji, którzy w przerwie na lunch usiłowali odzyskać wolę życia. Noah, czterdziestoośmioletni rozwodnik z wynajętym mieszkaniem i nowo odkrytą pasją do minimalizmu, co w praktyce oznaczało brak połowy mebli, studiował menu jakby to był raport z wyników badań klinicznych. Miał na sobie idealnie wyprasowaną granatową koszulę i wyraz twarzy człowieka, który ufa wyłącznie publikacjom w recenzowanych czasopismach.
— Zajęte? — usłyszał nad sobą głos, który przypominał dzwoneczek owinięty papierem ściernym.
Podniósł wzrok. Przed nim stała Harper. Znali się głównie z windy i z plotek, które krążyły o każdym w biurach niczym wirus w systemie wentylacyjnym. Lat czterdzieści siedem, metr pięćdziesiąt pięć wzrostu, burza miedziano rudych włosów, które zawsze wyglądały, jakby przed chwilą przeszła przez tunel aerodynamiczny. Oczytana do granic możliwości, co objawiało się tym, że na firmowych spotkaniach integracyjnych zamiast grać w kręgle, cytowała Umberto Eco i podważała oficjalne stanowisko NASA w sprawie lądowania na Księżycu.
— Przejrzałam tę knajpę — dodała, stawiając na blacie tacę z sałatką grecką i podwójnym espresso. — Siedzą tu sami agenci nieruchomości i jeden podejrzany typek, który wygląda na członka loży masońskiej. Przy tobie najbezpieczniej.
— Bo ja wyglądam na niewiniątko? — Noah uniósł brew.
— Wyglądasz na kogoś, kto opiera swoją wiedzę na sprawdzonych źródłach — odparła bez mrugnięcia okiem, siadając na krześle naprzeciwko. — A to w dzisiejszych czasach tak rzadkie, że aż egzotyczne. Jak jednorożec w okularach.
To było ich pierwsze spotkanie poza biurem. Noah zamówił łososia. Harper, nakłuwając oliwkę widelcem, pochyliła się konspiracyjnie.
— Wiesz, czemu łosoś jest dziś taki tani? — zapytała, mrużąc oczy koloru zielonej herbaty.
— Zakładam, że przez efektywne zarybianie i regulacje unijne? — odpowiedział spokojnie, rozkładając na kolanach lnianą serwetkę.
— Hodują go w podziemnych farmach na Uralu, karmią zmodyfikowaną soją i hormonem wzrostu ukradzionym z laboratoriów wojskowych w byłej NRD. Stąd ten różowy kolor. Naturalny łosoś jest szary. — wyrzuciła z siebie szeptem, rozglądając się po sali, czy nikt nie słucha.
Noah przełknął kawałek pieczywa i uśmiechnął się krzywo.
— Naturalny łosoś jest różowy od astaksantyny, którą pozyskuje, jedząc skorupiaki. A hodowlany jest różowy, bo dodaje mu się do paszy syntetyczną astaksantynę, która jest chemicznie identyczna. Czytałem o tym w „Journal of Agricultural and Food Chemistry”. Ale twoja wersja może brzmieć lepiej przy winie.
Harper odchyliła się na krześle. Jej rude włosy zalśniły w świetle lampy.
— Astaksantyna. Ładne słowo. Brzmi jak imię greckiej bogini zemsty.
— Chyba zemsty za ignorancję — dodał.
Od tego dnia lunch stał się ich rytuałem. W poniedziałki opowiadała mu o gadzim pochodzeniu brytyjskiej rodziny królewskiej.
— Kult węża, mój drogi Noah, nie wziął się znikąd. Ludzie widzieli, jak gady zrzucają skórę i uznali to za symbol nieśmiertelności. A jeśli elity dosłownie przejęły tę nieśmiertelność? — rzuciła.
— Albo po prostu wąż był symbolem fallicznym, a ludzie od zawsze je lubili. Zobacz na obeliski, menhiry, wieże kościołów. Wszędzie ten sam schemat — skwitował to danymi z badań antropologicznych na temat fallicznych kultów w starożytnych cywilizacjach.
W środę rozmawiali o kulturach prekolumbijskich. Harper stwierdziła, że piramidy w Egipcie i Meksyku zbudowała ta sama rasa pozaziemska.
— Przecież geograficznie to niemożliwe, by odizolowane cywilizacje wpadły na ten sam pomysł.
— Trójkąt to najstabilniejsza konstrukcja. Każda cywilizacja, która chce zbudować coś wysokiego, dojdzie do tego samego wniosku. To nie kosmici, to grawitacja i proste prawa fizyki — zauważył, wyciągając laptopa, na którym pokazał jej symulacje fizyczne.
Z czasem ich rozmowy zaczęły dryfować. Ewoluowały, jakby powiedział Noah. Z teorii spiskowych na teorie kulturowe, z kulturowych na obyczajowe, z obyczajowych na te, od których Harper zaczynały płonąć policzki, a jemu robiło się trochę za ciasno w idealnie skrojonych spodniach.
Pewnego piątku, przy drugim kieliszku wina, gdyż w piątki umawiali się już nie tylko na lunch, Harper nachyliła się tak blisko, że poczuł zapach jej perfum – bursztyn i coś korzennego, jakby wyszła prosto z arabskiego suku.
— Mówisz mi o plemionach Pacyfiku, które wierzyły, że akt płciowy to odtworzenie stworzenia świata — szepnęła, dotykając palcem brzegu jego kieliszka. — Że energia kosmiczna przepływa przez splot ciał. A co, jeśli to nie była wiara, tylko wiedza? Co jeśli świadomy orgazm to chwilowe otwarcie bramy do innego wymiaru, które elity chciałyby przed nami ukryć przy pomocy więzów religijnych ograniczeń?
Noah odstawił wino. W kącikach oczu pojawiły się zmarszczki rozbawienia.
— Jeśli to brama do innego wymiaru, to czemu nikt stamtąd nie wrócił z walizką pełną kosmicznych gadżetów? Starożytne teksty – Kamasutra, Pieśń nad Pieśniami, poezja grecka – traktują seks jako akt duchowy, ale i fizyczny. To mistycyzm oparty na biologii. Uniesienie, które czujesz, to zalew oksytocyny, dopaminy i serotoniny. Nazywasz to bramą do innego wymiaru, ja wolę nazywać to perfekcyjnie zaprojektowanym systemem nagrody.
— Nudziarz z ciebie — rzuciła, udając obrażoną.
— Uwielbiam twoje szaleństwo, Harper.
Po chwili jej dłoń powędrowała po blacie i spoczęła na jego nadgarstku. Palce miała chłodne od kieliszka, a dotyk przyprawił go o gęsią skórkę.
— A może ty jesteś agentem Matrixa, który ma mnie przerobić, bym poszła za stadem baranów? — zamruczała. — Może to twoja misja: uziemić mój lot, sprowadzić każdą teorię na ziemię przy pomocy twoich kochanych badań i wykresów?
— Gdybym był agentem — odparł, nie zabierając ręki — wiedziałbym, że nie ma sensu cię uziemiać. Wystarczy nadać twojemu lotowi odpowiednią trajektorię, żebyś nie spadła.
Harper przechyliła z ciekawością głowę. Jego kciuk nieznacznie przesunął się po wewnętrznej stronie jej nadgarstka.
— Na przykład, kult Dionizosa w starożytnej Grecji. Totalny szał, trans, seksualne misteria. Twoi teoretycy spiskowi widzieliby w tym kontrolę umysłów przez elity. A antropolog widzi rytualne wyzwolenie, katharsis i potwierdzenie płodności ziemi. I wie coś jeszcze…
— Co? — spytała, czując, jak jej oddech niebezpiecznie przyspiesza.
— Że prawdziwe misteria dionizyjskie kończyły się dzikim, niepohamowanym seksem, który nie miał nic wspólnego z prokreacją. Był czystą celebracją życia. Żadnego spisku, tylko fizjologia i ekstaza.
Zapadła cisza. Brzęk sztućców w restauracji zdawał się dochodzić z bardzo daleka. Harper oblizała wargę.
— To teraz powiedz mi, realisto — szepnęła, pochylając głowę tak, że kosmyk rudych włosów opadł na stolik — jak wyglądałaby nasza własna, prywatna celebracja życia? Według twojej fizjologii i ekstazy?
— Według fizjologii — powiedział, podnosząc jej dłoń do ust i muskając wargami kosteczki palców — zaczęłoby się od przyspieszonego tętna i rozszerzonych źrenic, które już widzę. Potem nastąpiłaby seria bodźców dotykowych, które stymulują zakończenia nerwowe w najbardziej nieoczywistych miejscach. Na przykład tu — pocałował wnętrze jej dłoni. — Albo tu — dotknął językiem nadgarstka. — A potem przeszlibyśmy do bardziej zaawansowanych eksploracji, które wymagałyby już mniej ubrań, a więcej prywatności.
Harper zamknęła na sekundę oczy. Kiedy je otworzyła, były błyszczące i rozszerzone niczym dwa ciemne księżyce.
— To jest ta część, w której ja wysuwam teorię, że jesteś nasłany przez tajne służby, żeby mnie uwieść i skompromitować. A potem zwerbować.
— A ja na to odpowiadam — szepnął, wstając i rzucając na stół banknot, który z nawiązką pokrywał rachunek — że zwerbuję cię do czegoś znacznie przyjemniejszego. Do mojego mieszkania. Jest cztery ulice stąd. Obiecuję łóżko, brak ukrytych kamer i praktyczne zastosowanie wiedzy o kulturach prekolumbijskich, które, uwierz mi, czciły akty, o jakich ci się nie śniło.
Droga do mieszkania była jak sen. Zapamiętała zapach klatki schodowej, umytej jakąś pastą do podłóg o cytrusowych nutach, i to, że Noah przycisnął ją do ściany windy i pocałował, zanim drzwi zdążyły się zamknąć. Jego usta smakowały winem i czymś nieuchwytnym, czymś, co nazwała w myślach „smakiem absolutnej pewności siebie”. Całował inaczej niż się spodziewała. Nie jak stateczny naukowiec, tylko jak facet, który doskonale wie, czego chce. Precyzyjnie, głęboko, z lekkim przygryzaniem dolnej wargi, które przesyłało impulsy elektryczne prosto w dół kręgosłupa.
W mieszkaniu, faktycznie minimalistycznym, z wielkim łóżkiem na środku sypialni i stertą książek zamiast szafki nocnej, pchnął ją delikatnie na pościel. Zawisł nad nią, opierając się na rękach.
— Żadnych teorii spiskowych? — zapytał, rozwiązując powoli jedwabną apaszkę, którą zawsze nosiła.
— Jedna — wydyszała. — Moja teoria mówi, że jesteś za bardzo ubrany, i że twoja precyzja w łóżku to mit.
Zaśmiał się nisko, gardłowo.
— Mit? Udowodnię ci empirycznie.
I zrobił to. Rozbierał ją metodycznie i z nabożeństwem, jakby odczytywał starożytny manuskrypt. Każdy guzik bluzki był jak rozdział, a każde zsunięcie koronki odsłaniało kolejną tajemnicę. Kiedy jego usta dotarły do zagłębienia między jej piersiami, wypuściła powietrze z sykiem.
— Pierwsze kultury które czciły kobiece piersi jako symbol płodności, to kultury neolityczne z terenów Anatolii — mruknął w jej skórę, a ona czuła każdą wibrację jego głosu. — Figurki Wenus z obfitymi biustami miały działać ochronnie, przynosząc szczęście.
— Jeśli teraz zaczniesz je porównywać do figurek paleolitycznych, to przysięgam, że cię zabiję — jęknęła, gdy jego język zakreślił powolny, wilgotny krąg wokół brodawki.
Nie porównał. Zamiast tego jego dłoń powędrowała niżej, zsunęła z niej ostatnią część bielizny, a palce rozpoczęły śledztwo, wobec którego wszystkie badania antropologiczne były jedynie amatorszczyzną. Był cierpliwy, cholernie cierpliwy. Dotykał jej tak, jakby rozszyfrowywał kod, odkrywając punkty, o których istnieniu nie miała pojęcia. Kolano. Miejsce tuż za uchem. Kość obojczyka. Kiedy w końcu jego palce odnalazły jej wilgotne, gorące centrum, krzyknęła krótko, a on tylko uśmiechnął się triumfalnie.
— Teoria potwierdzona? — wyszeptał, drażniąc ją powolnymi, kolistymi ruchami.
— Ja… ja mam kontr-teorię… — wyjąkała, wijąc się pod jego dotykiem. — Jesteś… Czarownikiem? Szamanem? Używasz… ach… zakazanej wiedzy?
Zaśmiał się i pocałował ją głęboko, jednocześnie wsuwając w nią palec, a potem drugi. Była tak gotowa, że prawie natychmiast poczuła narastającą falę. Ale on cofnął dłoń, gdy była o milimetr od spełnienia, zostawiając ją zawieszoną nad przepaścią, sfrustrowaną i zdyszaną.
— Drań! — syknęła. — To tortury!
— To tantra — poprawił, zsuwając spodnie. Jego erekcja była imponująca, przywodząc na myśl obeliski, o których tyle dyskutowali. — To starożytne techniki kontroli oddechu i opóźniania spełnienia. To żaden spisek, żadne tortury, tylko sztuka.
A potem w nią wszedł. Powoli, centymetr po centymetrze, wypełniając ją tak doskonale, że oboje jęknęli jednocześnie. Harper oplotła go nogami, przyciągając maksymalnie do siebie, wbijając paznokcie w jego plecy. Rytm, który narzucił, był brutalny i pierwotny. Nie był już metodycznym naukowcem; stał się dzikusem, który odnalazł swoją boginię. Łóżko skrzypiało w szaleńczym tempie, a jej krzyki wypełniały minimalistyczny pokój, nadając mu życie.
— To jest… to jest ta brama…! — krzyczała, czując, jak świat wokół niej rozmywa się w orgastycznym spazmie, który wstrząsał nią falami. — O Boże, Noah, brama!
— Żaden inny wymiar — warknął, wbijając się w nią coraz mocniej, czując, jak jej ciało zaciska się wokół niego w ekstazie. — To czysta… fizyka!
I z tymi słowami eksplodował, rozładowując w niej całe trzymane napięcie, tygodnie intelektualnych potyczek, całą chemię, która od dawna iskrzyła między nimi. Jej imię wyszło z jego ust jak modlitwa, gdy opadł na nią bezwładnie, ciężki i gorący.
Leżeli spleceni w ciszy, równo dysząc. Jej rude włosy były splątane i rozsypane na jego ramieniu niczym miedziany pożar. Po długiej chwili Harper poruszyła się i mruknęła mu prosto w spocony tors:
— Wiesz co? Chyba jednak miałeś rację. Żadna brama. Ale kurczę, co to był za system nagrody.
Odgarnął wilgotny kosmyk z jej czoła i pocałował ją w czubek nosa.
— Najlepszy w galaktyce. Sprawdzony ewolucyjnie. A teraz — dodał, uśmiechając się z satysfakcją, która sięgała dużo głębiej niż jakikolwiek spisek — jakiej teorii się dziś trzymamy? Znów grzeszymy, czy zamawiamy pizzę, tym razem według obrzędów bachanaliów, które polecają drugą rundę po obfitym posiłku?
Harper parsknęła śmiechem.
— Przynajmniej w jednym się zgadzamy. W starożytnych obrzędach. Zamawiaj tę pizzę, ty mój domniemany agencie rządowy. Tylko niech nie będzie z ananasem. Ananas na pizzy to już na pewno spisek.


