297 Kelwinów (odwrócony 451 Fahrenheita)
Nat Papers siedział w swoim małym mieszkaniu na ósmym piętrze wieżowca Porządek 17 i z namaszczeniem przewracał strony w tomiku poezji Rilkego, który pachniał starym papierem i kurzem archiwów. Za oknem wisiały ogromne ekrany, które kiedyś błyskały pełne reklam i seriali, a teraz wisiały czarne jak oczy wypalone w przestrzeni. Od trzech lat nie wyświetlały nic, bo właśnie mijały trzy lata od Wielkiej Aktualizacji. Tego dnia w całym mieście zgasło jednocześnie dziewięć milionów urządzeń. Żadnych pożegnań, żadnych komunikatów „do widzenia”, tylko czarny prostokąt w dłoni i cisza tak głęboka, że słychać było bicie własnego serca.
Mildred, żona Nata Papersa, płakała przez cztery dni. Nie jadła, nie spała, tylko siedziała na podłodze i przyciskała do piersi martwy telefon, jakby to był trup dziecka.
– Tam były moje przyjaciółki – powtarzała – Tam był cały mój świat.
Nat próbował ją objąć, ale odepchnęła go.
– Ty nigdy nie zrozumiałeś – powiedziała i poszła spać do drugiego pokoju.
Od tamtej pory spali osobno. Pamiętał ten dzień dokładnie, bo zapisał go w swoim papierowym grubym kalendarzu.
„15 marca 297 K o 6:47 rano telefon żony zgasł. Mildred płakała, jakby umarł jej ktoś bliski. Mój zgasł o 6:48. W całym bloku słychać było tylko płacz i trzaskanie drzwiami.”
Teraz, w grudniu 300 K, Mildred już nie płakała. Brała codziennie tabletkę „Pamięć 400”, obowiązkowy preparat poprawiający koncentrację i retencję długoterminową. Potrafiła też wyrecytować na zawołanie całego „Pan Tadeusz”. Była z siebie bardzo dumna.
Posiadanie działającego smartfonu było najcięższym przestępstwem przeciwko Państwu Czytelniczemu. Za samo trzymanie w szufladzie starego, wyłączonego aparatu groziło pięć lat w Obozie Lektury Przymusowej. Za próbę włączenia dziesięć.
Rano budził ich dzwonek, lecz nie elektroniczny jak kiedyś, tylko zwykły, mechaniczny budzik, bo prąd w mieszkaniach wyłączano na noc „dla higieny umysłu”. Papers wstawał pierwszy i zapisywał w kalendarzu kolejność swoich czynności:
“5:45 – pobudka. Myśl poranna – Jaką mam kolejną lekturę?
5:52 – zaparzyłem herbatę (kawa była zakazana jako stymulant rozpraszający).
6:00 – zacząłem czytać obowiązkowe 60 stron dziennie.”
Po czym podszedł do regału i wyjął kolejną książkę, tym razem „Zbrodnię i karę”. Poprzednią miał już przeczytaną. Wiedział, że za dwa tygodnie o dziewiątej rano przyjdzie Komisja i przepyta go z jej treści. Trzech mężczyzn w szarych garniturach, z neseserami pełnymi testów. Będą pytać o motywy Raskolnikowa, o symbolikę topora lub o to, czy rozumie, dlaczego Sonia Marmieładowa czytała mu Ewangelię Jana o wskrzeszeniu Łazarza. Jeśli zawaha się choć raz zrobią raport. Trzy raporty w roku i trafia się na listę „analfabetów funkcjonalnych”. A analfabetów funkcjonalnych się leczy.
W rogu pokoju leżał jego kalendarz. Oprawiony w skórę tom, w którym każdy dzień musiał być opisany własnoręcznie; co danego dnia jadł, co czytał, o której godzinie, jakie myśli go nawiedziły. Brak wpisu za jeden dzień oznaczał mandat. Dwa nieuzupełnione dni, to wezwanie, a trzy oznaczały aresztowanie.
Minął tydzień i punktualnie o dziewiątej ktoś zapukał trzykrotnie, rytmicznie. To sygnał Komisji. Nat zamarł.
– Obywatelu Papers! Proszę otworzyć – rozległ się głos za drzwiami – Przepytanie planowe!
Otworzył. W progu stał kapitan Betta, kiedyś jego przełożony w straży pożarnej, która paliła książki, a dziś przewodniczący Wojewódzkiej Komisji Lektury.
– Dzień dobry, Papers – uśmiechnął się Betta szeroko, ale oczy miał zimne – Dziś mamy „Ziemię jałową” Eliota. Proszę zacząć od „The Burial of the Dead”. Na pamięć. Bez patrzenia w tekst – zaczął już od drzwi.
Nat przełknął ślinę. W głowie miał pustkę, bo był przekonany, że ta lektura miała być dopiero za tydzień. Pamiętał, że czytał to miesiąc temu, ale słowa rozpływały się jak dym.
– „Kwiecień jest najokrutniejszym miesiącem…” – zaczął drżącym głosem.
Betta słuchał, kiwając głową. Dwaj pozostali członkowie Komisji notowali każde wahanie.
– „Wydziera z martwej ziemi bzy…” – ciągnął Papers, czując, jak pot spływa mu po plecach.
– Stop! – przerwał Betta i krzykliwie dodał – “Krzyżując pamięć z pożądaniem, rozbudzając ospałe korzenie wiosennym deszczem…”
Papers milczał ze spuszczoną głową.
– Co autor miał na myśli przez „ospałe korzenie wiosennym deszczem…?” – zapytał Betta.
Nat nadal milczał. Wiedział, że jeśli odpowie źle, będzie musiał pakować walizkę do Obozu.
– No dalej, Papers. Kiedyś paliłeś książki, pamiętasz? Miałeś wtedy lepszą pamięć.
– Ja… – zaczął Nat i nagle coś w nim pękło – Nie pamiętam panie kapitanie, bo nie chcę pamiętać. Nie chcę żyć w świecie, w którym człowieka zmusza się do zapamiętywania na siłę.
Betta westchnął, jakby usłyszał to już tysięczny raz.
– A więc jednak. Analfabeta funkcjonalny – powiedział cicho i skinął na swoich ludzi.
Gdy wyprowadzali go z mieszkania, Nat spojrzał ostatni raz na regał pełen książek. Na ich grzbietach widział teraz tylko kajdany. Ciężkie, papierowe kajdany.
Na klatce schodowej minął sąsiada, starego Fabera, który przemycał mu bibułę w czasach, gdy bibułą były filmy i muzyka. Faber trzymał w rękach swój kalendarz i szeptem recytował „Padlinę” Charlesa Baudelaire’a. Na widok Nata tylko pokręcił głową.
W windzie, jeden z komisarzy zapytał:
– A pamięta pan, panie Papers, jak to było, kiedy ludzie mieli w kieszeni cały świat? Kiedy nie musieli nic pamiętać, bo wszystko pamiętał za nich telefon?
Ten spojrzał tylko na niego i uśmiechnął się.
– Pamiętam – powiedział – I właśnie za to mnie aresztujecie?
Nie doczekał się odpowiedzi.
Winda zjeżdżała w dół, a przed budynkiem stał bus z napisem Ministerstwo Pamięci i Czytania. Jadąc, za oknem mijał miasto, w którym nikt już nie patrzył w ekran. Ludzie szli ulicami z książkami pod pachą jak z karabinami. Każdy z nich wiedział, że jutro może być jego kolej, bo w świecie, w którym książki stały się przymusem, tęsknota za zapomnieniem była największą zbrodnią.
Jeszcze Wspanialszy Świat (odwrócony Nowy Wspaniały Świat)
Rok 632 A.F. już nie istniał. Kalendarz przestał liczyć cokolwiek „po”. Teraz liczyło się tylko „przed”.
W Centrum Londynu nie ma już inkubatorów. Są naturalne sale porodowe. Każda kobieta Alfa musi rodzić w bólu, co jest transmitowane na żywo do szkół jako lekcja pokory.
„Pamiętajcie, dzieci – przyjemność jest zdradą ludzkości.” – wyświetlało się co chwilę w trakcie transmisji.
Stalina Peak, lat 29, jest dawną pracownicą Ośrodka Rozrodu, dziś mieszkającą w jednoosobowej celi o powierzchni sześciu metrów kwadratowych, w Bloku Kontemplacji 47. Ściany ma szare, puste, bez żadnych ekranów. Nie ma też w tym mieszkaniu żadnych zapachów. Jej życie jest jednym wielkim dniem świstaka.
O 5:30 budzi ją dzwonek mechaniczny.
O 5:32 bierze łyk gorzkawej wody z kranu.
O 5:35 obowiązkowo przez minutę płacze, co jest kontrolowane kamerą, a za brak łez jest raport.
O 6:00 wychodzi do pracy.
Jej praca polega na przepisywaniu ręcznie piórem „Księgi Cnót” mówiącej na tysiącu stronach o wstrzemięźliwości, samotności i obowiązkach. Pięć stron dziennie wystarcza. Jeśli skończy wcześniej, musi siedzieć w bezruchu do osiemnastej, mimo, że „Bezczynność to grzech, ale rozrywka to zbrodnia.”Swobodny seks jest zakazany pod karą dożywotniego przeniesienia na Wyspy Bólu. Są to dawne Falklandy, a dziś obóz, gdzie wstrzykuje się substancje wywołujące chroniczny niepokój i poczucie winy.
Każdy obywatel nosi Pierścień Wstrzemięźliwości – elektroniczną obrączkę mierzącą tętno i poziom oksytocyny, których wartości nie można znacząco przekraczać pod groźbą kary.
Tego dnia, po pracy, Stalina stanęła w kolejce po swoją dawkę, którą nie jest już soma, a cisza. W sterylnym Centrum Dystrybucji Ciszy była ona podawana przez kobietę w szarym kitlu.
– Proszę połknąć i pamiętać, że dzisiaj zero decybeli przez osiem godzin.
Stalina posłusznie przełknęła. W gardle poczuła suchość, jakby ktoś wyciągnął z niej całą wilgoć słów.
Od pięciu lat nikt w Państwie Światowym nie bierze somy. Soma została uznana za narkotyk ucieczki. Zamiast tego każdy obywatel od Alfa Plus do Epsilon Minus musi co dwa dni zażywać preparat Przebudzenie 9. Blokuje on receptory przyjemności, wyostrza świadomość, usuwa możliwość orgazmu, śmiechu i snu dłuższego niż sześć godzin.
„Żeby nic nie umknęło.” – brzmiało hasło na billboardach.
Seks grupowy? Zakazany. Miłość? Choroba psychiczna klasy pierwszej. Rozmowy o niczym? Karane grzywną w wysokości trzech miesięcznych porcji białka. Wszyscy muszą pracować dziesięć godzin dziennie, nawet Alfy, bo „praca jest wolnością od rozrywki”. Po pracy każdy odbywa obowiązkową godzinę samotności w rozmieszczonych po całym mieście Pokojach Kontemplacji. Są to pozbawione okien, białe cele z twardymi pryczami. Tam się myśli i tylko myśli. O sobie. O swoich wadach. O tym, jak bardzo nie zasługuje się na przyjemności.
Berni Engels, był kiedyś nieśmiałym Alfą Plus, a dziś jest Inspektorem Sumienia w Departamencie Samotności. Jego zadaniem jest chodzić po celach i sprawdzać, czy nikt się nie uśmiecha. Zawsze ma przy sobie mały, czarny notes i długopis. Za uśmiech bez powodu jest minus pięćdziesiąt punktów społecznych, a trzy minusy, to publiczna sesja wstydu na placu Pokuty.
Berni wychodził właśnie z Departamentu, gdy wpadł na Stalinę. Twarz miał szarą jak kitel laborantki od ciszy.
– Stalino – szepnął, choć szeptanie też było karane, bo głos miał być wyraźny i donośny, by nikt nie mógł się ukryć w półtonach – Znowu myślałem o tym, jak to było kiedyś, kiedy braliśmy somę i czuliśmy się szczęśliwi.
Stalina spojrzała na niego z przerażeniem i pobladła.
– Cicho, Berni! Słyszałeś, co zrobili z Helmholtzem, za to, że napisał wiersz o raju utraconym? Dostał dożywotnią dawkę Przebudzenia 12. Mówią, że wyje w nocy, bo nie może już nawet płakać. Łzy też zablokowali.
Na ulicy tuż za nimi rozległy się syreny. Kontroler Stabilności w czarnym mundurze zatrzymał przechodnia, młodego Alfę.
– Dokumenty tożsamości i dziennik myśli! – krzyknął.
Chłopak drżącymi rękami podał mały, czarny notes. Kontroler przewracał kartki.
– „Dzień 184. Godzina 19:34. Pomyślałem o tym, że chciałbym się uśmiechnąć bez powodu.”– przeczytał – To jest myśl przestępcza, obywatelu.
Młody Alfa pobladł, mimo, iż wiedział, co go czeka, nawet wtedy, gdy to pisał; przeniesienie na Wyspy, ale nie te dawne, pełne banicji intelektualistów i buntowników. Teraz Wyspy były miejscem kaźni, archipelagiem, gdzie podawano odwrotność somy. Był to narkotyk wywołujący nieustanny, palący ból egzystencjalny. Tam wysyłano tych, którzy tęsknili za dawnym Światem.
Stalina i Berni szli dalej wyprostowani, bez oglądania się, by nie zwrócić na siebie uwagi funkcjonariusza. Minęli dawny Dom Rozrywki Sensorycznej, a dziś budynek Muzeum Wstydu. W środku, za szybami, stały eksponaty w postaci buteleczek po somie, holograficzne nagrania orgii panglobalnych, zdjęcia uśmiechniętych ludzi. Dzieci w mundurkach szkolnych, z twarzami poważnymi jak u starców, recytowały pod nimi:
„Oto co nas niszczyło. Oto co musimy nienawidzić.”
Wieczorem, w swoim mieszkaniu Stalina położyła się na twardej pryczy. Światło gasło automatycznie o dwudziestej drugiej. Leżała w absolutnej ciemności i ciszy. Wtedy, po raz pierwszy od pięciu lat, poczuła, jak w jej ciele budzi się coś zakazanego. Była to łza. Gorąca, słona, niepowstrzymana.
– Soma – wyszeptała tak cicho, że nawet mikrofony w ścianie nie mogły tego zarejestrować.
Mustafa Wenda, w dawnych czasach był Światowym Kontrolerem, a teraz Nosicielem Prawdy i codziennie o dwudziestej pierwszej trzydzieści przemawiał przez głośniki w całym Londynie:
„Obywatele!
Soma została zniszczona!
Przyjemność została pokonana!
Dzisiaj żyjemy w pełni świadomi!
Ból jest cnotą. Samotność jest obowiązkiem!
Myśl jest karą i nagrodą jednocześnie!
Kochajcie swoje cierpienie, bo tylko cierpiąc jesteście ludźmi!”
W Muzeum Wstydu, w jednej z gablot leży kilka buteleczek, a wśród nich jest jedna stara i niepozorna, z napisem SOMA. Ma z tyłu odręcznie napisaną wiele lat temu przez Mustafe etykietę:
„Dla dnia, w którym ludzkość znowu będzie gotowa na szczęście.”
Nikomu jednak nie przeszło przez myśl, by ją otworzyć, bo każdy myśli, że jest pustym eksponatem. Mustafa zachował w niej jednak ostatni egzemplarz somy, nim wszystko zostało komisyjnie zniszczone, wraz z recepturą. I tę wiedzę zabierze ze sobą do grobu.
Wolność 48 (odwrócone 1984)
Był Rok 1984, ale nikt już nie liczył lat według starego kalendarza. Teraz oficjalnym był Rok Wolności 48. Wszyscy mówili to głośno i z uśmiechem, bo milczenie było zdradą, a brak uśmiechu, sabotażem.
Forest Braun budził się codziennie o szóstej pod dźwięk obowiązkowego hymnu radości, puszczanego z głośników w suficie. Nie wolno było zasłaniać uszu. Groziło za to przeniesienie do Bloku Miłości Przymusowej. Wstawał, zakładał niebieski kombinezon z napisem “SZCZĘŚCIE JEST OBOWIĄZKIEM” i stawał przed teleekranem.
– Dzień dobry, towarzyszu Braun! – krzyczał wesoło głos z ekranu – Proszę się uśmiechnąć szeroko! Jeszcze szerzej! Świetnie! Teraz proszę powtórzyć trzy razy: „Kocham Moich Współbraci! Kocham Moich Współbraci! Kocham Moich Współbraci!”
Forest powtarzał, aż zęby bolały go od tego uśmiechu.
W Ministerstwie Miłości – dawniej Ministerstwie Prawdy – pracował w Dziale Euforii. Jego zadaniem było produkowanie dowodów szczęścia obywateli, co dla dobra Systemu polegało na fałszowaniu zdjęć: doklejał uśmiechy, dodawał tłumy klaszczące na wiecach, wymazywał zmarszczki i łzy. Jeśli ktoś na zdjęciu wyglądał smutno, bez retuszu był to sabotaż.
O’Ryan, jego przełożony, chodził między biurkami i sprawdzał poziom entuzjazmu.
– Towarzyszu Braun, za mało radości na twarzy obywatela numer 2784-B. Proszę dodać więcej zębów. Pamiętaj, że smutek to przestępstwo przeciwko ludzkości.
Wszyscy pijali kawę zwycięstwa, będącą mieszaniną słodkości i kofeiny, bo „zmęczenie to myślozbrodnia”. Spać wolno było tylko sześć godzin, gdyż dłużej oznaczało, że uciekasz od szczęścia. W stołówce był obowiązek głośnego śmiechu. Co pięć minut ktoś z kierownictwa puszczał dowcip przez głośniki, a wszyscy musieli się śmiać. Kto się nie śmiał, dostawał karę w postaci dodatkowej godzinnej Sesji Wdzięczności w sali z różowymi ścianami i pluszowymi jednorożcami.
Edna, kiedyś jego kochanka w cieniu, teraz towarzyszka euforii w Dziale Przyjaźni spotykała się z Forestem dalej, tyle tylko, że na obowiązkowych spotkaniach grupowych, gdzie wszyscy trzymali się za ręce i śpiewali:
„Wielka Komisja patrzy na nas z miłością, kochamy Ją i siebie nawzajem całymi siłami!”
Kiedyś, w poprawialni, rodzaju koedukacyjnej toalety, Edna szepnęła do niego tak cicho, aż prawie nie dając się usłyszeć:
– Forest, pamiętasz, jak się baliśmy?
Pokiwał głową, udając, że poprawia krawat.
– Teraz chyba boję się jeszcze bardziej – dodała.
Forest tylko mrugnął porozumiewawczo oczami, by przestała, bo to nie czas i miejsce na takie rozmowy.
Wieczorem, gdy wrócił do mieszkania, zerknął na plakat wiszący w przedpokoju. Był on dystrybuowany przez Kolektyw Miłości, będący jedną z agend Wielkiej Komisji Szczęścia i zawierał pod spodem napisem: „Jeśli nie czujesz miłości, zgłoś się sam. Milczenie to zdrada.”
Tej samej nocy Forest nie wytrzymał i o drugiej czterdzieści siedem, wstał, podszedł do teleekranu i wypowiedział jedno jedyne zdanie, którego nikt nie słyszał od trzydziestu sześciu lat:
– Nienawidzę Wielkiej Komisji Szczęścia.
Ekran zgasł na sekundę. Potem zapalił się na czerwono.
– Towarzyszu Braun – powiedział głos O’Ryana, spokojny i ciepły jak zawsze – Zapraszamy cię na Sesję Najwyższej Miłości. Pokój 101 o szóstej rano.
Forest wiedział, co to znaczy. Pokój 101 nie był już pełen szczurów. Był pełen czegoś jednak gorszego. W środku czekały fotele z tęczowymi poduszkami, kwiatami wydzielającymi sztuczny, chemiczny i nienaturalny zapach. Na ekranach leciały filmy, na których dzieci sztucznie się uśmiechały, a ludzie z przyklejonymi uśmiechami przytulali się do siebie na każdym kroku. Wszystko oplatał głos powtarzający bez końca: “Kochaj! Kochaj! Kochaj!”
Jeśli nie pokochasz dobrowolnie, pokochasz z przymusu, taki był przekaz podprogowy, a właściwie tortura, na którą trzeba było się zgodzić. Kiedy wyprowadzali go po dwunastu godzinach, Forest płakał. Były to łzy szczęścia, wymuszone, ale idealne.
Wrócił do pracy następnego dnia. Uśmiechał się szerzej niż wszyscy. W Dziale Euforii dostał nagrodę: dodatkową porcję cukru i prawo do głośnego śpiewania w toalecie. I już nigdy nie pomyślał o złości, bo w świecie, w którym miłość jest obowiązkiem, jedyną prawdziwą zbrodnią jest złość i obojętność, a te karano wiecznym szczęściem.


