Pod Hajnówką, gdzie Puszcza Białowieska sięga niemal do ostatnich płotów, mieszkała kobieta, którą jedni nazywali „Ta, co kończy”, a inni „Pani dobrej śmierci”. Była nią Agafia Kondratiuk. Wiekiem zbliżała się do siedemdziesiątki, ale chodziła wyprostowana jak młoda sosna. Zawsze była ubrana na czarno, a na głowie nosiła czarną chustę, nawet latem. Ludzie mówili, że to od chłodu, który nosi w sobie.
Agafia nie była znachorką w zwykłym rozumieniu. Nie była też akuszerką. Nie gotowała na co dzień ziół na reumatyzm, nie odczyniała uroków. Robiła jedną rzecz, której nikt inny w okolicy nie chciał nawet tykać. Kończyła cierpienie.
Kiedyś, jeszcze przed pierwszą wojną, jej babka robiła to samo. Potem matka Agafi, a na końcu też i ona. Nikt ich nie wybierał na zebraniu wiejskim ani nikt nie wręczał urzędowego papieru. Po prostu przychodził moment, gdy gdzieś w chałupie ktoś długo charczał, modlił się już tylko o koniec, a rodzina nie miała siły na to patrzeć. Dawniej szli po babkę, później matkę, a teraz przychodzili po nią. Cicho, nocą, bocznymi ścieżkami, żeby tylko sąsiedzi nie widzieli. Gdy przychodziła, w domu wszystkie obrazy święte musiały być odwrócone, bo inaczej nie weszła do środka.
Nie brała od nikogo pieniędzy. Nigdy. „Za śmierć się nie płaci – mawiała – ona i tak przyjdzie po swoje.”
Najczęściej wystarczyło, że położyła na czole konającego dłoń. Patrzyła mu w oczy tak długo, ile było trzeba, jakby szukała w źrenicach ostatniego okruszka życia, który jeszcze się opiera. Czasem wystarczyło samo spojrzenie i westchnienie, a człowiek zamykał powieki i odchodził, jakby czekał tylko na pozwolenie. Ale bywało, że to nie wystarczało. Wtedy wyjmowała z kieszeni płaszcza dębowy kołeczek, krótki, obły, z jednej strony lekko wygięty. Ten sam, co u babki i matki, przekazywany co pokolenie.
Jesienią tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku przyszła do konającego Antosa Klimczuka, który leżał już trzeci miesiąc. Skóra na nim była cienka i przezroczysta jak pergamin. Oczy prawie nie reagowały, choć były otwarte i duże. Rak zżerał go bardzo boleśnie i powoli. Żona i syn stali w progu izby. Kazała im wyjść i zamknąć drzwi. Antos złapał ją za przegub chudą ręką i szepnął:
– Kondratiukowo, już nie mogę. Zrób, jak twoje zrobiły mojej matce.
Agafia kiwnęła głową. Usiadła na stołku przy łóżku. Wzięła w dłoń kołek. Zamknęła na chwilę oczy, a w powietrzu zdało się usłyszeć ciche stuknięcie, jakby z drzewa spadł orzech. Antos westchnął raz, krótko, jak człowiek, który wreszcie odłożył za ciężki worek. Potem przyszła cisza.
Wyszła bez słowa. Za nią syn. Zatrzymał się na podwórku i chciał coś powiedzieć, ale zniknęła w ciemności. Zapalił papierosa drżącymi rękami i przytulił płaczącą matkę.
Niecały rok później stary Szymon Dubicz z sąsiedniej wioski umierał na serce i płuca jednocześnie. Cała rodzina zebrała się w izbie; dzieci, wnuki, nawet prawnuk z Belgii przyjechał. Szymon długo nie chciał wołać Kondratiukowej. Ale w końcu, gdy już nie mógł złapać tchu, spojrzał na synową i powiedział:
– Idź po nią.
Synowa poszła. Wróciła jednak sama. Agafia stanowczo odmówiła i nie przyszła. Następnego dnia synowa poszła pełna nadziei jeszcze raz. Gdy weszła do chałupy, ta siedziała na ławie przy piecu. Ręce miała złożone na podołku, a dębowy kołek leżał obok na stole. W świętym kącie łampadka tliła się nieprzerwanie. Agafia Kondratiuk nie reagowała na słowa sąsiadki. Okazało się, że nie żyła. Nie było jednak śladu, by mógł to zrobić ktoś trzeci. Po prostu odeszła. Lekarz z Hajnówki napisał „zatrzymanie akcji serca”. Lecz ludzie we wsi wiedzieli lepiej. Mawiali, że gdy tylko synowa Szymona Dubicza wyszła pierwszego dnia z jej chałupy, ta zaraz za nią gdzieś wyleciała i wróciła dopiero w nocy. Drzwi zostawiła otwarte, jakby wiedziała, że nie będzie miała siły już ich otworzyć. Usiadła na ławie, na której ją znaleziono i patrzyła w dogasające w piecu węgle szepcząc coś pod nosem. Nazajutrz, gdy synowa szła po nią ponownie, stary Dubicz zmarł po cichu w swoim łóżku, tak spokojnie, jakby ktoś mu w końcu pozwolił odetchnąć. Agafia odeszła w tym samym momencie.
Ludzie przy każdej sąsiedzkiej wizycie szeptali między sobą, że jej serce pękło w tym samym momencie co Szymona, bo Szymon Dubicz nie był dla niej tylko kolejnym konającym, którego trzeba było „skończyć”. Był tym chłopakiem, który latem tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego roku, przyniósł jej pierwszy prawdziwy bukiet z polnych rumianków, maków i krwawnika. Powiedział, że jak wojna się skończy, to zabierze ją do siebie, wezmą ślub i nigdy jej nie opuści. Agafia miała wtedy dwadzieścia trzy lata, a on dwadzieścia pięć. Potem przyszli Niemcy, później AK, a na końcu Sowieci. Były wywózki i lasy pełne chowających się ludzi. Szymon poszedł w partyzantkę, a ona została z matką. Nigdy się nie pobrali. Nigdy nawet się miłośnie nie pocałowali. Ale przez całe życie, kiedy Szymon mijał ją na drodze albo na targu w Hajnówce, zawsze na chwilę przystawał i mówił cicho: „Trzymaj się, kochana Agafieczko”. A ona kiwała głową i odwracała wzrok, bo bała się, że zobaczy w jej oczach to, co sama w sobie dusiła przez te wszystkie lata.
Tamtego dnia odeszli jednocześnie, jak dwoje, którzy przez całe życie czekali na to samo pozwolenie. We wsi została po nich tylko ta jedna, powtarzana do dziś opowieść, że najbardziej bolesne serce nie jest to, które musi odbierać życie drugim, tylko to, które przez pół wieku nie potrafiło oddać swojego własnego.


