W wiosce Zeńbok, zagubionej gdzieś między lasami, a bagnami Mazowsza, urodził się chłopak imieniem Modest. Matka mówiła, że przyszedł na świat w noc świętego Jana, gdy ogniska płonęły najwyżej, a skrzypce starego dziadka same grały w kącie chałupy. Dziadek umarł kilka tygodni wcześniej, zostawiając po sobie instrument wykonany z czarnego drzewa, z gryfem tak cienkim, jakby go sam diabeł osobiście wystrugał.
Modest przejawiał zainteresowanie instrumentem od najmłodszych lat. Grać nauczył się szybciej niż dobrze mówić. Najpierw grał dla krów w oborze, potem dla dziewcząt wypasających gęsi na łąkach, aż wreszcie zagrał w karczmie „Pod Czarnym Kogutem”. Tam za miskę kapusty i kwartę piwa grywał do rana. Palce miał długie jak u szewca, ale gdy brał smyczek, działo się coś dziwnego; mężczyźni przestawali pić, kobiety milkły, nawet psy kładły łby na łapach i słuchały. Grywał mazurki tak szybkie, że dziewki podskakiwały jakby je kto igłą kłuł w pięty, a oberki tak bluesowo smutne, że nawet stary Żyd, właściciel karczmy, płakał w brodę.
Ludzie zaczęli rozpowiadać o Modeście i jego talencie po okolicznych jarmarkach i odpustach. Z czasem wieść o wiejskim czarodzieju skrzypiec rozeszła się dalej. Najpierw przyjechali zainteresowani z miasteczka, potem z powiatu, a wreszcie i z samej Warszawy. Panowie w surdutach, panie w kapeluszach z piórami, studenci konserwatoriów. Płacili srebrem, żeby tylko choć chwilę posłuchać. Modest za zarobione pieniądze kupił sobie nowy frak, czarny jak jego skrzypce i buty lakierki, które skrzypiały głośniej niż struny. Tak wyposażony postanowił wyjechać do stolicy.
W wielkim mieście jego kariera rozwijała się błyskawicznie, lecz zaczęto szeptać, że gra zbyt pięknie jak na chłopa. Plotkowano, że nikt bez łaski bożej albo diabelskiej niełaski, nie potrafi tak zawładnąć ludzką duszą przez muzykę. Pojawiały się też głosy, że widywano go jak po nocach spaceruje i rozmawia z kimś wysokim, w czarnym płaszczu, bez twarzy.
Pewnego wieczoru, gdy grał w sali „Pod Złotym Lwem” dla śmietanki towarzyskiej Warszawy, wstał pewien profesor teologii z seminarium na Krakowskim Przedmieściu. Twarz miał białą jak opłatek.
– Ten człowiek sprzedał duszę! – krzyknął, wskazując na skrzypka – Słyszycie te dźwięki? To nie muzyka, to czysta pokusa! To czarcie piszczałki!
Sala zamarła. Ktoś zaczął się żegnać. Dama w perłach zemdlała. Modest niewzruszony oskarżeniem grał dalej swój ulubiony utwór „Czarta Ciechanowskiego”, którego nigdy nie spisał, bo nie umiał, a który wylatywał spod jego palców jakby sam Paganini stał za jego plecami i prowadził smyczek.
Następnego dnia Monitor Warszawski pisał wielkimi literami: „Wiejski czarodziej czy sługa Lucypera?”. Tego samego dnia Modesta odwiedziła policja, która zabrała skrzypce, by zbadać, czy nie ma w nich ukrytych mechanizmów albo diabelskich znaków. Nazajutrz stwierdzili, że to tylko stary instrument i włosie z końskiego ogona.
Modest w oczekiwaniu na wyniki badania, siedział w areszcie na Daniłowiczowskiej i śmiał się pod nosem. Wiedział, że nie diabeł nauczył go grać, a bieda, bo gdy matka płakała, gdy do garnka nie było co włożyć, to on grał po karczmach i pod oknami bogatych dworów zbierając miedziaki do czapki.
Z aresztu jednak nie został wypuszczony. Nikt nie wiedział kto tak naprawdę był oskarżycielem. Przydzielono mu jednak adwokata, a został nim młody prawnik z Uniwersytetu Warszawskiego Walery Achinger. Proces rozpoczął się w trybie ekspresowym i już następnego dnia rano próbował on bronić Modesta słowami: „To tylko talent, Wysoki Sądzie! Talent, którego zazdrościmy!”
Sędzia, człowiek starej daty, spojrzał na Modesta i powiedział:
– Talent to dar boży, a to, co ty masz chłopcze, wygląda na coś innego.
Było to w marcu 1843 roku, w starej sali trybunału na Lesznie, gdzie jeszcze pachniało wilgocią po ostatniej powodzi. Drewniane ławy skrzypiały pod ciężarem publiczności. Zasiadły w nich damy w krynolinach, panowie z lorgnonami, studenci, księża i żydowscy faktorzy oraz kilku gapiów, którzy widzieli jego występy.
Modest wszedł na salę w kajdankach, ale głowę trzymał wysoko. Frak miał ten sam, co na koncercie „Pod Złotym Lwem”, tylko teraz poplamiony i z dziurą wypaloną papierosem przez strażnika. Włosy obcięto mu dla higieny na krótko, ale oczy pozostały te same – czarne, spokojne, jakby patrzyły w kogoś, kogo reszta sali nie widziała.
Przewodniczącym składu był sędzia Szuman, człowiek o twarzy tak bladej, że mówiono, iż nigdy nie widział słońca. Obok niego zasiadali asesorzy: młody, sprawiający wrażenie zbyt nerwowego i stary, który przysypiał co chwilę. Akt oskarżenia przeczytał prokurator von Kleist, warszawiak z wyboru, Prusak z urodzenia. Głos miał zimny i nieugięty jak stal.
– Oskarżony Modest syn Macieja z Zeńboka, zwany „Czarnym Skrzypkiem”, świadomie i dobrowolnie wszedł w konszachty z mocami piekielnymi, czego dowodem jest nadludzka biegłość w sztuce muzycznej, brak nauczyciela, samogrający instrument oraz liczne świadectwa o czarodziejskim wpływie na słuchaczy, włącznie z omdleniami, płaczem bez przyczyny i przypadkami opętania.
Sala głośno westchnęła, a część się przeżegnała. Pierwszym wezwanym świadkiem został organista z kościoła Świętego Jana.
– Próbowałem powtórzyć jego „Czarta Ciechanowskiego” na swoich skrzypcach – mówił drżąc – ale struny mi pękały jedna po drugiej. Jakby ktoś niewidzialny je przecinał.
Drugim świadkiem była panna Jadwiga Rzecińska, córka radcy, która słuchała Modesta „Pod Złotym Lwem”.
– Gdy grał, czułam, jakby mnie ktoś dotykał, o tu… – dukała, kładąc dłoń na piersi – choć nikt się nie zbliżał. Potem śniły mi się rzeczy straszne i…piękne zarazem.
Trzecim był Stach Kołak, chłop ze wsi należącej do parafii w Zeńboku, dziś woźnica w Browarach Haberbuscha & Klawego.
– Pamiętam, jak jeszcze u nas grał na odpuście, a jak przestał, to krowy dawały czarne mleko przez trzy dni – zeznał – Przysięgam na Najświętszą Panienkę!
Adwokat Modesta, ubrany w czarną dyplomatkę, z brodą à la Pisa, próbował walczyć.
– Wysoki Sądzie! Czy talent jest przestępstwem? Czy to, że chłop nauczył się sam, bez konserwatorium, jest dowodem paktu z diabłem, czy raczej hańbą naszego systemu edukacji?
Na sali rozległ się gromki śmiech. Sędzia uderzył młotkiem.
– Panie mecenasie, sąd nie zajmuje się systemem edukacji Królestwa, tylko tym, czy oskarżony wszedł w układy zakazane przez prawo boskie i świeckie.
Wtedy wstał ksiądz infułat Trzeszczyński, egzorcysta diecezjalny.
– Widziałem jego skrzypce z bliska – powiedział zaskakująco cicho, ale sala zrozumiała i zamarła – Na gryfie, pod strunami, są wyryte malutkie, ledwo widoczne znaki, w postaci zbliżonej do pentagramu oraz litera, która nie jest z żadnego ziemskiego alfabetu.
Modest siedzący w ławie oskarżonych, uśmiechnął się po raz pierwszy.
– To inicjały mojej matki Zofii – powiedział głośno – Z odwróconą nogą w „Z”, bo dziadek był analfabetą i tak mu wyszło.
Zebrani wybuchli śmiechem, ale szybko ucichli, bo nikt nie chciał się śmiać razem z oskarżonym o czary.
Ostatnim świadkiem był profesor teologii, ten sam, który przerwał koncert „Pod Złotym Lwem”.
– Gdy grał – mówił, wskazując drżącym palcem na Modesta – czułem obecność, lecz nie Boga. Było to coś innego, coś, co chciało mojej duszy. I prawie ją dostało.
Prokurator stanowczo zażądał kary śmierci przez powieszenie „ku przestrodze” jak to uzasadnił. Adwokat prosił o uniewinnienie albo przynajmniej wygnanie. Zaś sędzia Szuman po wysłuchaniu wszystkich głosów wstał, a sala wstrzymała oddech.
– Sąd uznaje – zaczął powoli – że nie ma bezpośrednich dowodów na podpisanie cyrografu krwią. Brak również świadków samego aktu. Jednakże…- spojrzał na Modesta – biegłość w grze na skrzypcach przez oskarżonego przekracza granice ludzkie, a wpływ na słuchaczy nosi znamiona pokusy diabelskiej. Wobec tego, na mocy paragrafu o czarach i gusłach, skazujemy Modesta, syna Macieja, na dożywotnią banicję z Królestwa Polskiego i wszystkich ziem cesarstwa rosyjskiego. Skrzypce zaś konfiskuje się i zostaną publicznie spalone.
Modest wstał.
– Mogę coś powiedzieć wysoki sądzie? – zapytał spokojnie.
Sędzia skinął głową.
– Spalicie drewno – powiedział patrząc prosto w oczy Szumanowi – ale melodii nie spalicie. One już są w was wszystkich!
I nim strażnicy zdążyli zareagować, cicho zagwizdał melodię, krótki, ostry motyw „Czarta Ciechanowskiego”. Kobiety zaczęły płakać. Mężczyźni chwycili się za głowy. Jeden ze strażników upuścił pałkę. Nawet sędzia Szuman chwycił się stołu, jakby zakręciło mu się w głowie. Trwało to może z pięć sekund. Potem Modest pokłonił się nisko i pozwolił się wyprowadzić.
Trzy dni później na rynku Starego Miasta spalono skrzypce. Płomienie były od zielonych po niebieskie, a gdy drewno pękało, słychać było dźwięki, jakby ktoś daleko, bardzo daleko, grał na nich dalej. Część ludzi szeptała do siebie, że Modest poszedł na zachód. Inni twierdzili, że na wschód, a jeszcze inni, że wcale nie poszedł nigdzie, tylko zniknął razem z dymem z ogniska.
Modest wyszedł z Królestwa w maju 1843 roku, boso, w chłopskiej siermiędze, z węzełkiem, w którym miał kawał suchego chleba, nóż i siedem złotych polskich. Skrzypiec nie miał żadnych. Granicę przeszedł nocą koło Brodów, prowadzony przez przemytnika, który bał się patrzeć mu w oczy.
Przez pierwsze lata wędrował jak cień. Wiedeń, Praga, Drezno. Gdziekolwiek się pojawił, najpierw grał na jarmarkach za miedziaki, na lichutkiej skrzypaczce, którą kupił od Cyganów. Grał tak, że ludzie rzucali pieniądze, a potem odwracali się plecami i żegnali szybko, jakby bali się, że ich dusze pójdą za melodią. Ale słuchać nie potrafili przestać.
W Wiedniu, w 1846 roku, próbował dostać się do konserwatorium. Przesłuchanie trwało siedem minut, a kiedy skończył, stary profesor Hoffmann siedział z twarzą w dłoniach i płakał. „Nie możemy pana przyjąć – powiedział wyraźnie wzruszony – Pan nie potrzebuje nauczyciela. Pan potrzebuje egzorcysty lub tronu.” Z Wiednia wyjechał tej samej nocy, w obawie, że może się powtórzyć to co go spotkało w Warszawie.
W Pradze mieszkał pół roku w piwnicy u starej Żydówki Ruchli, która nie bała się niczego oprócz ciszy. Grał dla niej wieczorami stare klezmerskie melodie, których nigdy się nie uczył, a ona płakała i mówiła, że słyszy w nich głos swojego zmarłego męża. Kiedy odchodził, dała mu nowe skrzypce, zrobione, jak mówiła, przez jakiegoś mistrza z Cremony, który podobno umarł w dzień, w którym je skończył.
– One czekały na ciebie – rzuciła za nim na odchodne.
Z Pragi ruszył dalej na zachód. Po kilku dniach w Dreźnie ruszył w stronę Paryża. Tam dotarł w 1848 roku. Grał na ulicach mazury, kujawiaki i oberki, a polscy emigranci przy rue Saint-Honoré płakali jak jeden mąż słysząc te dźwięki. Jakiś młody poeta, bardzo pijany, chciał dać mu order Legii Honorowej zrobiony z korka od wina. Ten odmówił twierdząc z przekąsem, że miał już swój order, tylko że z czarnego drzewa, i że płonął na zielono.
W Paryżu mieszkał w mansardzie nad Sekwaną. Malował go Delacroix. Nie dokończył jednak portretu, gdyż jak mówili ludzie, oczy Modesta zmieniały się co chwilę. Spotykał się również z Chopinem w salonie księżnej Czartoryskiej. Fryderyk słuchał go w milczeniu, blady jak płótno, a potem powiedział cicho: „Ty grasz to, czego ja nie śmiem nawet zapisać.”
Jego kariera we Francji miała swoje wzloty i upadki. Przechodził chwile sławy i chwile zapomnienia. Czasem sam chciał zniknąć i wtedy zamykał się w swoim podparyskim domu, komponował, czytał, podziwiał i pielęgnował ogród, a czasem leżał całymi dniami samotnie na trawie, nasłuchując ptaków i owadów. Z czasem ta sinusoida fascynacji i strachu przed jego osobą zaczęła go męczyć. W 1885 roku zniknął z Paryża tak nagle, jak się pojawił. Mówiono, że wyjechał do Ameryki. Inni zaś twierdzili, że do Rosji, że car mu przebaczył. Jeszcze inni, że pijany utopił się w Sekwanie. Nic z tego nie było jednak prawdą. Modest pozbył się swojego francuskiego majątku. Część pieniędzy przeznaczył na anonimowe wsparcie dla uzdolnionych, lecz mniej zamożnych uczniów Akademii Muzycznej w Warszawie. Sam zaś pod zmienionym nazwiskiem wrócił na wieś. Nie do Zeńboka, gdyż nie chciał wzbudzać niepotrzebnej sensacji. W małej wiosce pod Suwałkami, kupił usytuowane na skraju lasu zadłużone, częściowo zrujnowane siedlisko drobnoszlacheckie i zamieszkał w nim samotnie. Zajmował się hodowlą pszczół, a także sadził nowe rośliny z nasion, które przywiózł ze sobą. Pomagał chłopom w zakładaniu sadów, próbował zainteresować ich nowinkami rolniczymi przywiezionymi z Europy, lecz mimo uznania i ciepłego przyjęcia wciąż widział w ludziach ten dystans i niezrozumiały strach.
Wieczorami wychodził na pagórek za wsią i cicho grał. Nie dla ludzi. Dla siebie. Dla wiatru. Dla tych, którzy już odeszli. Dzieci z wioski czasem podchodziły blisko, ale nigdy za blisko. Mówiło się, że słyszały melodie, od których włosy stawały dęba, a potem wracały do domu i przez kilka dni nie mogły spać. Nawet stary, przygłuchy proboszcz w oparciu o plotki próbował go nawracać, ale po pierwszej wizycie przestał i powiedział tylko: „Tam nie ma kogo nawracać. Tam jest tylko muzyka.”
W 1897 roku, w noc świętego Jana, Modest wyszedł z chałupy po raz ostatni. Miał wtedy niewiele ponad siedemdziesiąt lat, ale wyglądał młodo, jakby czas go nie tykał. Wziął skrzypce, te z Cremony i poszedł w pole. Ludzie opowiadali, że muzykę słyszeli całą noc. Rano jeden z pastuszków znalazł tylko skrzypce. Leżały na trawie nietknięte rosą. Struny były całe, ale gdy je podniósł i spróbował zagrać nie wydawały z siebie żadnego dźwięku, jakby ktoś wyciągnął z nich duszę. Rzucił je za siebie i uciekł poganiając stadko gęsi. Ciała Modesta nigdy nie znaleziono.
Do dziś mieszkańcy mówią, że czasem, w różnych stronach powiatu, pojawia się wysoki mężczyzna w czarnym fraku, boso, z pustymi rękami. Zatrzymuje się na rozdrożu, gwiżdże krótką, przeszywającą melodię i idzie dalej. Ci, którzy ją usłyszą, jakby przypominają ją sobie, choć nigdy wcześniej jej nie słyszeli i nie potrafią przestać jej nucić.


