Za progiem

Julian podjechał swoją grafitową Toyotą Highlander pod bramę firmy Mysterious. Był u nich zaledwie dwa tygodnie wcześniej. Ciepły, łagodny głos sekretarki, z którą zazwyczaj miał przyjemność rozmawiać, złagodził jego poirytowanie, gdy poprosiła go o przyjazd. Zaintrygowało go to, ponieważ cel wizyty nie został przedstawiony. Był pewny, że coś pominął podczas ostatniego audytu.

       Ciężka, przesuwna brama wykonana ze stalowych profili zmusiła go do zatrzymania samochodu. Kurczę – pomyślał – przecież o tej porze zawsze było otwarte.

– Już otwieram! – krzyknęła drobna kobieta, wychodząc bocznymi drzwiami z biurowca. 

Miała nieproporcjonalnie długie do swojego wzrostu, rozpuszczone włosy w dziwnym, trudnym do określenia kolorze. Jakby coś naprawdę… gwiezdnego?

– Dzień dobry! Miałem telefon, by do państwa podjechać. Czy mogłaby pani kogoś poprosić, by mi bardziej naświetlił temat?

Brama zaczęła się otwierać. Julian wrzucił pierwszy bieg i powolutku podjechał pod duży namiotowy magazyn. Zauważył, jak brama zamyka się za nim, a kobieta, która go wpuściła, zaczęła iść w jego kierunku. Wydawała się dużo młodsza, więc jako pierwszy wyciągnął dłoń na przywitanie.

– Julian Dunst – powiedział, szybko dodając – Nie kojarzę pani.

– Kora Fido, pełnomocnik zarządu – odpowiedziała. – Bardzo mi miło.

– Zostałem poinformowany przez sekretariat, bym dziś przyjechał, lecz niestety nie przekazano mi celu mojego przyjazdu. Raptem kilka dni temu u was byłem – odparł z lekkim zdziwieniem.

– Nikogo dziś już nie ma. W piątki wszyscy mają wolne, ale wiem, o co chodzi. 

Kora bez słowa ruszyła przodem, a dwa kroki za nią zaskoczony Julian. Gdy tak szedł, próbując za nią nadążyć, nie mógł napatrzeć się na jej włosy. Jakby żyły. Na początku wyglądały jak miniatura „Gwieździstej nocy nad Rodanem” van Gogha, by za chwilę zmienić się w coś na kształt obrazów wszechświata zrobionych teleskopem Jamesa Webba.

       Po chwili doszli do dużych metalowych wrót prowadzących na jedną z hal produkcyjnych. Julian znał ten obiekt doskonale. Wszedł śmiało na halę, lecz w środku nic się nie działo. Panował półmrok. Maszyny stały w miejscu, a wszystko otaczał słodki zapach smarów do konserwacji maszyn. Pod sufitem gruchał gołąb, który musiał tu wlecieć przez otwarte świetliki dachowe. Pociągnął mocno za wrota, by się zatrzasnęły, i ruszył za Korą. Ta jednak gdzieś mu zniknęła za maszynami.

– Kora?! – spytał dość niepewnie.

Nie odezwała się, ale usłyszał lekkie skrzypnięcie drzwi i dostrzegł słabą łunę światła zza jednej z maszyn. Skierował się w tamtym kierunku. Gdy doszedł do tego miejsca, zza drzwi, o których nie miał pojęcia, wychyliła się Kora. Jej włosy zmieniły kolor na jasny blond, prawie perłowy w tym nikłym świetle. Skóra na karku lekko mu się ściągnęła i nerwowo rozejrzał się dookoła.

– To ty?

– Tak, Julianie, jesteś tu na moje zaproszenie. Słyszałam, jak ostatnio rozmawiałeś z naszym inżynierem projektów kluczowych o multiwersum. Mówiłeś o tym z takim przekonaniem…

– Hmm… – poczuł się dość dziwnie – to wszystko może być bzdurą, ale od młodości o tym myślę i w gruncie rzeczy chciałbym, by dzisiejsza fizyka tego dowiodła.

Kora wyszła zza drzwi. Ku jego ogromnemu zdziwieniu była ubrana w szarą tunikę przepasaną ciężkim skórzanym pasem, do którego przypięty był duży miecz. 

– Boże, kiedy się przebrałaś?!

– Nie muszę, wystarczy, że pomyślę. Tak jak z włosami.

Stanęła w progu drzwi. Światło, które z nich padało, wyglądało, jakby tylko okalało futrynę. W głębi była trudna do opisania, gęsta, prawie namacalna ciemność i jasna, malutka, pulsująca kropeczka.

Kora, stojąc w drzwiach obok Juliana, zadarła wzrok, spojrzała mu głęboko w oczy i, chwytając go za rękę, powiedziała:

– To ja, Aaricia, Thorgalu Aegirssonie…

– Zaraz, poczekaj! Żarty sobie robisz, czy też robicie?! Po co to wszystko?! – uniósł się czując lekkie podenerwowanie.

– Wszystko, co może się zdarzyć, zdarza się w każdej chwili, w którejś z odnóg rzeczywistości. Choć tego nie widzimy, to życie przypomina wielkie rozgałęziające drzewo – stwierdziła z powagą w głosie – sam o tym mówiłeś naszemu inżynierowi. To nie żart. Trzymam cię za rękę, czujesz to przecież. Wskakujemy?

– Cholera, jestem umówiony z Anną, Sylwią i Tomkiem na wystawę grupy Obrraz 3 – przebiegło mu przez myśl, a może nawet to wypowiedział – Skaczmy…!

       Zimny powiew zaskoczył ich, gdy przestępowali próg starych, dębowych drzwi. Oślepił ich jesienny blask. Julian zmrużył oczy, a Kora wstrzymała oddech. Nie było już za nimi brudnej od smarów podłogi, tylko bezkresne, płowe pole. 

Stanęli na zboczu łagodnego wzgórza. Pod stopami mieli twardą, lekko przemarzniętą ziemię, a przed sobą widok, który wydawał się znajomy. Blada, niemal pozbawiona koloru łąka schodziła ku staremu, drewnianemu domowi o wypłowiałej, różowawej farbie. Niebo było wypełnione sunącymi, szarymi chmurami, a powietrze niosło zapach suchej, jesiennej trawy i wyraźnie odczuwalnej morskiej soli. Korę aż zatkało, a jej wzrok przeczesał łąkę, by zatrzymać się na jej szczycie, gdzie siedziała postać. 

– To przecież „Świat Christiny” Wyetha – szepnęła, a głos zadrżał jej z emocji.

Julian, zazwyczaj praktyczny i opanowany, rozejrzał się sceptycznie, lecz z zauważalną nerwowością.

– Faktycznie, świat z obrazu? To przecież… Musi być jakieś logiczne wytłumaczenie.

       Ruszyli w stronę domu, czując na plecach ciężar czyjegoś wzroku. Postać na wzgórzu była jednak nieruchoma jak wmurowana w krajobraz. Gdy podeszli bliżej, zobaczyli, że to młoda kobieta, oparta na rękach, a jej wzrok utkwiony był gdzieś daleko, poza horyzont, pełen tęsknoty i niewytłumaczalnej determinacji. Nie spojrzała na nich ani razu.

Dom był opustoszały. W środku panował chłód i cisza, przerywana tylko skrzypieniem podłóg pod ich stopami. Znaleźli starą, mosiężną latarnię i garść zapałek. Gdy zapadł zmierzch, światła nie przyniosły jednak pociechy. Ich cienie zdawały się być gęstsze i bardziej namacalne niż powinny. Szelest traw za oknem nie brzmiał już jak wiatr, a jak czyjś ostrożny krok.

– To miejsce jest chyba żywe – stwierdziła Kora, tuląc się w cienki sweter – I nie jest przyjazne.

Zasnęli.

Nocą obudziło ich wycie. Niskie, przeciągłe, przechodzące w chichot. Wybiegli przed dom. W bladym świetle księżyca zobaczyli cienie, które odrywały się od pól, przybierając formy wykrzywionych, długorękich istot. Płynęły w ich stronę, a trawa pod ich bezcielesnymi stopami marzła i kruszyła się.

– Do domu! – wrzasnął Julian, pchając Korę do środka.

Zaryglowali drzwi, ale obawiali się, że to nie wystarczy. Cienie otaczały dom, drapiąc w szyby i ściany suchym, drewnianym dźwiękiem. Kora, trzęsąc się, spojrzała przez fragment okna w górę ku wzgórzu. Kobieta, którą mijali, wciąż tam była, teraz ledwie widoczna w ciemności, jak przygaszona latarnia samotności.

– Ona nie ucieka – powiedziała nagle – Ona tu przetrwała. To jej świat. Ona wie jak to zrobić.

W głowie Kory pojawiła się myśl, która nie należała do niej: „One żyją strachem. Karmią się nim. Nie bójcie się, a odejdą”.

– Julianie! – krzyknęła, chwytając go za ramię – Musimy wyjść.

– Zwariowałaś?!

– Zaufaj mi!

Otworzyli drzwi i z sercem walącym jak młot, przekroczyli próg. Kora wpatrywała się w nadciągające cienie, nie pozwalając, by strach wziął nad nią górę. Wspominała nienachalne piękno tego miejsca, jego smutek, ale i siłę. Myślała o kobiecie na wzgórzu, która pomimo wszystko wciąż patrzyła w dal. Julian, widząc jej determinację oraz zaciśnięte pięści, również starał się opanować panikę. Cienie, jakby zwolniły. Ich groźne formy zaczęły się rozmywać i stawać się przeźroczyste. Wycie ucichło, zastąpione przez coraz słabszy szelest. Po kilku chwilach zostało tylko puste, oświetlone księżycem pole i przejmujący chłód.

       Gdy pierwsze promienie słońca dotknęły dachu domu, Kora i Julian stali wyczerpani na zboczu wzgórza, gdzie się pierwotnie znaleźli. Odwrócili się i zobaczyli te same, stare dębowe drzwi stojące samotnie pośrodku pola, niczym framuga bez ściany. Te same, przez które tu weszli. Julian spojrzał na Korę i skinął głową. Kora raz jeszcze zerknęła na ten nostalgiczny, niebezpieczny, ale prawdziwy świat. Wzięli się za ręce i przestąpili próg. Gdy tylko to zrobili, ponownie przywitał ich wiatr. Tym razem nie był to zimny powiew, jak z pola Wyetha, ale suchy, pełen piasku i niepokojącego zapachu pustki podmuch. Drzwi zamknęły się za nimi z głuchym stuknięciem, odcinając drogę powrotu.

       Stanęli na płycie chodnika, a pod nogami mieli twardy, chłodny kamień. Przed nimi rozpościerała się długa i prosta, ginąca w perspektywie ulica, która była matematycznie poprawna, a jednocześnie głęboko niewłaściwa. Niskie, żółtawe budynki z ciemnymi, głuchymi arkadami ciągnęły się w nieskończoność, rzucając cienie tak ostre i czarne, że zdawały się być wycięte z innej rzeczywistości.

– To nie to samo miejsce – stwierdziła Kora, a jej głos odbił się echem od pustych fasad, przybierając nienaturalną głośność.

Julian nie odpowiedział. Jego wzrok był utkwiony w ogromnym, niemal monstrualnym cieniu, który kładł się na plac przed nimi. Cień był pusty, nie miał źródła, nie należał do żadnego widocznego obiektu. Był to po prostu przytłaczająco niemy krzyk zaklęty w formę. Tuż obok, na szynach niewidocznych dla oka, stał wóz, przypominający kształtem cyrkowy lub jeden z tych, które widywali w lunaparkach. Był pusty i nieruchomy, jak zabawka porzucona przez gigantyczne dziecko. Jego żółte pudło jarzyło się w słońcu, które nie grzało, a tylko oświetlało, dodając scenie przed nimi teatralnej, niepokojącej ostrości.

       Ruszyli przed siebie. Cisza w przestrzeni była tak głęboka, że aż dudniąca. Żadnego ptaka, żadnego szmeru życia. Tylko wiatr hulający między budynkami i ich własny, przyśpieszony oddech.

– Spójrz – Kora wskazała ręką w głąb ulicy.

W jednej z ciemnych arkad, niemal zlanej z mrokiem, stała mała, samotna postać dziewczynki bawiącej się obręczą. Nie podnosiła głowy, a jej ruchy były mechaniczne, pozbawione radości. Nagle wózek na szynach drgnął, mimo że nikt go nie dotknął. Z głuchym skrzypieniem zaczął toczyć się do przodu, bardzo powoli, jakby opętany przez niewidzialną siłę. Jego ruch był jeszcze straszniejszy niż bezruch, bo wyglądał na celowy, a jednak pozbawiony przyczyny.

– Coś jest nie tak z perspektywą – mruknął Julian, zataczając się lekko. – Ten budynek z lewej jest za duży, a ten z prawej za mały. Czuję się, jakbym spadał, stojąc w miejscu.

Narastający niepokój przekształcił się w panikę, gdy cienie zaczęły się wydłużać, sięgając w ich stronę jak czarne, pozbawione substancji macki. Cień wielkiej wieży, której nie było, sunął po chodniku, pochłaniając światło. Echo ich kroków zmieniło się. Teraz słyszeli nie tylko swoje stąpanie, ale i czyjeś inne, cięższe, drewniane, dobiegające z bocznej alejki. Kora przytuliła się do Juliana. Świat wokół nich wirował, a geometryczna pułapka zamykała się. Dziewczynka, wciąż bawiąca się obręczą przy arkadach, nagle odwróciła głowę. Jej twarz była gładka, pozbawiona ust i nosa. Tylko dwoje pustych oczu patrzyło na nich z nieprzeniknioną obojętnością.

– To nie są potwory jak ostatnio – wykrztusiła Kora. – To sama pustka. To miejsce jest chore. Samotne.

Julian, walcząc z zawrotami głowy, spojrzał na drzwi, przez które przyszli. Stały teraz o sto metrów dalej, wrysowane w budynek pod kątem, który nie istniał w normalnej geometrii. Były jednak ich jedynym ratunkiem.

– Biegiem! – wrzasnął.

Gdy biegli, ich nogi plątały się na nierównym, choć pozornie płaskim chodniku. Obce cienie sięgały im do stóp, a drewniane kroki za nimi przyspieszały. Wózek na szynach nagle zadygotał i z ogłuszającym łomotem wykoleił się, a jego pudło roztrzaskało się w pył, który natychmiast rozwiał się na wietrze. Dobiegli do drzwi i Julian zaczął szarpać za klamkę. Przez moment, odwracając głowę, zobaczył, jak wszystkie cienie na ulicy zastygły, a potem zaczęły się kurczyć i rozciągać, jakby świat na płótnie pękał. Gdy drzwi ustąpiły, wypadli na twardą podłogę strychu, łapiąc powietrze. Zapach kurzu i starych drewnianych belek nigdy nie wydał się tak słodki. Drzwi za nimi stały cicho, sprawiając wrażenie zwykłych i niepozornych.

– De Chirico – wydusił Julian, opierając się o ścianę. – To była ta „Tajemnica i melancholia ulicy”. Dosłownie.

Kora, wciąż drżąc, przytaknęła i stwierdziła, że „Świat Christiny” był zdecydowanie żywszy i dziki. Świat miasteczka u Giorgia de Chirico był zdecydowanie bardziej martwy i chory.

I tym razem, nie czekając, aż uspokoi im się oddech, spojrzeli na siebie, by bez słowa ponownie przekroczyć stare dębowe drzwi, które zdawały się podróżować z nimi.

       Przywitała ich cisza, która była gęsta i nasycona sztucznym światłem. Nie znaleźli się na otwartej przestrzeni, ale w małym, zadziwiająco płaskim pomieszczeniu. Powietrze pachniało starym tytoniem i kawą, która gotowała się zbyt długo. Stali przy barze, na którym znajdowały się kubki, serwetnik oraz solniczka. Tuż obok, przy blacie, siedziała trójka ludzi, a za barem stał z pochyloną głową barman, ubrany w biały uniform. Wyglądał, jakby nasłuchiwał odgłosów z zewnątrz. Nikt się tu nie poruszał.

– Julian, kurczę, to Hopper – Kora wypowiedziała to nazwisko jak klucz, który otwierał nie drzwi, a nastrój, i dodała – „Nocne marki”.

       Tym razem wylądowali nie tylko we wnętrzu obrazu, ale i wewnątrz budynku. Smutna, nocna kawiarnia zalana jaskrawym, żółtym światłem, które nie rozpraszało mroku, a tylko go podkreślało. Za ogromną taflą szyby rozpościerała się martwa, ciemna ulica. Wszystko było nieruchome, idealnie skomponowane i przytłaczająco samotne.

Julian odruchowo skinął głową w stronę barmana.

– Przepraszam, gdzie my… – urwał, a barman nawet nie drgnął. Jego wzrok był utkwiony w niewidzialnym punkcie na blacie, pozbawiony życia i myśli.

Kora delikatnie dotknęła ramienia kobiety siedzącej przy barze. Jej palce natrafiły na sztywny, niemal kamienny materiał sukienki. Kobieta nie zareagowała. Jej towarzysz, mężczyzna w kapeluszu, wpatrywał się w filiżankę z kawą, która nie parowała. Drugi mężczyzna zdawał się być skamieniały w geście sięgania po paczkę papierosów.

– Są jak posągi – szepnęła Kora, a jej głos wchłonęła martwa cisza. – Ale nie są z kamienia, bo czuć od nich ledwo wyczuwalne ciepło.

Zerknęli na siebie porozumiewawczo i ruszyli w stronę drzwi wejściowych, tych wielkich, przeszklonych, które wydawało się, że są, lecz nie było widać ani klamki, ani zamka. Spojrzeli przez szybę. Ulica okazała się niezupełnie pusta. W oddali, na rogu dwóch przecznic, stał samochód, tak zaparkowany pod latarnią, by w jego wnętrzu można było dostrzec zarys sylwetki kierowcy. On również był nieruchomy. Cały świat na zewnątrz był jednym, wielkim, zatrzymanym kadrem.

– Jesteśmy uwięzieni w środku – stwierdził Julian, a w jego głosie po raz pierwszy zabrzmiała nuta prawdziwej rozpaczy. – W tamtych światach coś się działo. Tu nic się nie dzieje. I to jest najgorsze.

Próbowali krzyczeć, stukać w szyby, potrząsać ramionami skamieniałych postaci. Bez efektu. Byli intruzami w zatrzymanej sekundzie, widzami, którzy wtargnęli na scenę w środku spektaklu, którego nie było. Wtedy Kora to zauważyła.

– Julianie, nasze cienie!

Spojrzał, a cienie rzucone przez neonowe światło nienaturalnie szybko się poruszały, mimo że oni stali nieruchomo. Były żywe, niepokojąco ciemne na tle statycznych, malowanych cieni gości kawiarni. Gdy tylko się poruszyli, świat zareagował. Lampa nad barem zasyczała cicho. Światło pulsowało, a za każdym razem, gdy przygasało, postacie przy barze zdawały się przesuwać o centymetr. Mężczyzna z paczką papierosów miał nagle palce na opakowaniu. Mężczyzna w kapeluszu głowę nieco niżej pochyloną. Barman zaś dłoń bliżej czystej szklanki.

– Brak światła ich ożywia – zrozumiała Kora. – Lecz gdy jest zapalone, zastygają. My jesteśmy tym, co zakłóca tę równowagę.

Gdy tylko to powiedziała, lampa znów zasyczała i zgasła na dłuższą chwilę. W całkowitej ciemności usłyszeli suchy, mechaniczny chrzęst. Gdy światło powróciło, postacie nie zmieniły pozycji, ale ich głowy były teraz odwrócone. Wszystkie trzy pary oczu przy barze i barmana wpatrywały się w nich z tym samym, pustym, pozbawionym wyrazu spojrzeniem. Nie było w nich wrogości, tylko głębokie, nieprzeniknione oczekiwanie.

– Chcą, żebyśmy dołączyli – wydusił Julian. – Żebyśmy usiedli i zastygli z nimi.

Pociągnął Korę do tyłu, w głąb lokalu. Lampa znów zaczęła migotać, teraz coraz szybciej, jak szalony stroboskop. W przerywanym świetle widzieli, jak postacie powoli, z drewnianą, poklatkową powolnością zsuwają się ze stołków i obracają w ich stronę. Nie szły, a sunęły, jakby nie odrywały się od podłogi.

– Drzwi! – krzyknęła Kora, wskazując na drugi koniec lokalu. 

Były tam inne, mniejsze drzwi, prawdopodobnie do toalet lub kuchni. Były jedyną nieweryfikowalną opcją.

Biegli w świetle, które zamieniało się w koszmar, migocząc i rozdzierając oczy. W każdym momencie ciemności czuli lodowaty chłód zbliżających się postaci. Gdy dotarli do drzwi, Julian szarpnął za klamkę. Ustąpiły. Nie było za nimi toalety ani kuchni. Stanęli ponownie na progu swojego strychu, dysząc, z sercami walącymi jak młoty. Kora oparła się o ścianę, czując, jak jej dłonie drżą, Julian zaś wpatrzył się, w punkt na ścianie.

– Nie chcę już więcej – szepnęła. – Nie chcę więcej tych doznań.

– Wiesz co? – rzucił wyraźnie zmęczony Julian. – Najgorsze nie są światy pełne potworów, ale te, w których samotność ma kształt, formę i czeka, by cię wchłonąć. Musimy wrócić do punktu wyjścia. Skoncentrujmy się chwilę w ciszy.

       Próg, który tym razem przekroczyli, nie ział chłodem ani niepokojem. Owionął ich zapach dymu z olchowych polan, mokrej ziemi i chłodnego, lecz świeżego i przyjemnego wiatru znad fiordu. Gdy opadł dym ujrzeli siebie. Byli sobą, a jednak kimś innym. Julian poczuł w dłoni twarde, rzeźbione drewno łuku.

       Jego ciało było silniejsze, plecy szersze, a w sercu miał dziwną, głęboką pewność, jaką daje życie w rytmie pór roku i walki. Był Thorgalem. Kora, teraz Aaricia, stojąca obok, poczuła znajomy i radosny ciężar w dolnej części brzucha. Jej długie włosy powiewały na wietrze, a w dłoni, zamiast pustki, trzymała ciepłą, małą rączkę ich synka, Jolana. Chłopiec uśmiechał się do niej, ufny i odważny. Stali przed solidną, drewnianą chatą z trawiastym dachem, zbudowaną na skraju rolniczej wioski, ukrytej pomiędzy fiordami a wiecznie zielonymi lasami Północy. Wokół nich toczyło się życie – kobiety doiły kozy, mężczyźni naprawiali łodzie, a dzieci biegały między domami. Świat był ostry i wyrazisty jak kreska Grzegorza Rosińskiego, pełen głębokich błękitów, szmaragdowych zieleni i ciepłych brązów.

– Wreszcie – szepnęła Aaricia, a w jej głosie nie było śladu strachu, tylko czysta, niezmącona radość – Dotarliśmy do domu.

Thorgal uśmiechnął się, czując, jak każdy mięsień w jego ciele się rozluźnia. Nie był tu intruzem, nie był gościem. Był częścią tej ziemi. Wziął małego Jolana w ramiona, a chłopiec z zachwytem wskazywał na orła krążącego wysoko nad szczytami gór.

    Życie w wiosce było proste i dobre. Thorgal pomagał przy połowach i polowaniach, a jego niezwykłe umiejętności strzeleckie budziły szacunek, a nie lęk. Aaricia, z błogosławieństwem widocznym pod lnianą suknią, tkała ciepłe płótna i uczyła Jolana starych legend. Wieczorami siadali przy ognisku, słuchając opowieści starców i śpiewów sąsiadów. Smak pieczonej ryby i ciepłego mleka był prawdziwszy niż cokolwiek, czego doświadczyli.

    Pewnego wieczoru, gdy słońce kładło się za fiordem, malując niebo w odcieniach fioletu i złota, Aaricia stanęła w drzwiach ich chaty. Thorgal podszedł do niej, otoczył ją ramionami i położył dłoń na zaokrąglonym brzuchu.

– To nasze miejsce – powiedziała, opierając głowę na jego piersi. – Nie musimy już uciekać, jest bezpiecznie. Tu nasze dziecko przyjdzie na świat.

Thorgal, patrząc na Jolana, który bawił się drewnianym mieczykiem, przyznał jej rację.

– Dotarliśmy do krainy, gdzie nasze przygody mogą stać się zwykłym życiem, i to jest największy dar, jaki mogliśmy otrzymać.

       Wiedzieli, że za magicznymi drzwiami, które cały czas stały za domem, przy zboczu skały, czaiły się inne światy pełne melancholii, koszmarów i niepokojącej ciszy, ale to tutaj, w tej surowej, pięknej krainie jak z kart komiksu, znaleźli coś, czego nieświadomie szukali przez całą swoją podróż: przystań, rodzinę i przyszłość, która nie była zagrożeniem, a obietnicą. I nie musieli myśleć o tym, gdzie prowadzą kolejne drzwi, bo wreszcie nie chcieli już nigdzie iść. Byli u siebie.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry